Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2019

Rycerze ze skazą i zacni rabusie - różne oblicza rycerzy wielkopolskich, cz. 5: Raubritterzy i rozbójnicy w podaniach ludowych.



Dziś pragniemy zaprezentować naszym czytelnikom fragment książki Wojciecha Łysiaka: „Ludowa wizja przeszłości. Historyzm folkloru Wielkopolski” – a dokładniej wyrywek dotyczący zjawiska raubritterstwa i rozbójnictwa na terenach szeroko rozumianej Wielkopolski. Autorowi zdarza się wybiegać także na tereny Kujaw, które poprzez fakt ich przynależności do Wielkiego Księstwa Poznańskiego, uznawane są za obszary Wielkopolski- to historycznie stanowią osobny region. I o tym należy pamiętać.

Materiał ów ma charakter podsumowujący dotychczas poruszane kwestie, związane z sylwetkami rycerzy-rabusiów (co wcale nie znaczy, że „żegnamy się” na dobre z tym tematem – co to, to nie: w przygotowaniu mamy bardzo ciekawy materiał dotyczący jednego z prezentowanych wcześniej rodów). Skupimy się tutaj na wnioskach w/w autora, związanych z analizą podań związanych z postaciami rozbójników. Będzie to omówienie bardzo ogólne, choć pojawią tam także wzmianki o postaciach, o których już sobie szerzej powiedzieliśmy w poprzednich częściach cyklu.

Przypisami opatrzyliśmy własne komentarze, nawiązujące do poruszanych przez autora kwestii.
Oświadczamy także, iż poniższy fragment książki zostaje zamieszczony przez nas na stronie w charakterze: pro pulico bono.
Życzymy miłej lektury!



Ilustracja przedstawiająca legendarnego raubrittera Eppeleina von Gaillingen, uciekającego z zamku Nuremberg.


Podania o rycerzach-rozbójnikach bandach rozbójniczych i  grupach zwykłych przestępców cieszyły się w Wielkopolsce znaczną popularnością.
            Najgłębiej w przeszłość sięgały podania o tzw. Raubritterach, czyli szlachcie trudniącej się między innymi rozbojem. Ludowa wiedza o tych ludziach sprowadzała się zwykle do opisu zbrodni, jakich się dopuszczali, za punkt opowieści biorąc zwykle ruiny zamku lub inne materiale ślady z nimi związane. Oto w Bydgoszczy pamiętano, iż w odległej przeszłości tutejszy zamek należał do rycerza rozbójnika. „Był to szlachcic o ponurym usposobieniu, któremu zadowolenie sprawiało nie tylko przelewanie krwi. Na skutek zbójeckich wypraw obawiano się go w całej okolicy…”. Podobno wyprawy podejmował aż nad Wisłę, gdzie łupił statki kupieckie. Raubriterem miał być także właściciel Pszczewa i Koźmina, gdzie później o rozbójnicze napady posądzano także księcia Sapiehę. Także jeden z braci Grzymułtowskich z Nowego Miasta trudnił się rozbojem wzniósłszy sobie uprzednio warowny zamek. Okrutnym raubritterem był także hrabia mieszkający w pobliżu góry Jana pod Czarnkowem oraz właściciel Jurkowa koło Kościana, który „czaił się szczególnie na przejeżdżające wozy kupieckie, plądrował je, a kupców wrzucał do zamkowego lochu”. W lokalnych tradycjach zachowało się wspomnienie napadu tych ludzi na duchownych, którzy w obliczu śmierci proszą Boga, by napastnicy zostali zamienieni w piasek i na bogatą hrabiankę w Mosinie, a przekaz o tym zdarzeniu jakże  przypomina ten o zalotach szwedzkiego oficera. W pobliżu Gniezna opowiadano, że gdy rycerz rozbójnik starający się o rękę hrabianki został przez dziewczynę odurzony, porwał ją i zepchnął z zamkowej wieży, a w miejscu gdzie dziewczyna upadła trysnęło źródło.
            Podobnie było ze zwykłymi rozbójnikami, a raczej pospolitymi rabusiami i mordercami, chociaż jak twierdził Valentin Szweda lud wielkopolski „wyobraża ich sobie jako postacie bohaterskie”. Podania o rozbójnikach były tu bardzo popularne Wojciech Szulczewski zauważał, ż wszędzie tam, gdzie dawniej „było więcej lasów i bagien, przebywali rozbójnicy, a ich nazwiska jeszcze dzisiaj żyją wśród ludu”. Pamięć ludowa przechowała wiele nazwisk tych ludzi. Oto w okolicach Ślesina grasować miał podobno rozbójnik Gaczyński[1], a we Włóknie koło Obornik rozbójnictwem trudnił się ród Gapów. W Odolanowie był to niejaki Bartosz, a na pograniczu wielkopolsko-śląskim grasował Śpik. W latach czterdziestych XIX wieku w okolicach Murowanej Gośliny grasował rozbójnik Zagacz. Równie niebezpieczną postacią był Pass pod Pobiedziskami. W okolicach Strzelna znany był Kucok, a na całych Kujawach Libera, Spochacz, Głyda i legendarny Madaj.



Rycerze-rabusie podczas ataku na transport towarowy w średniowieczu.


            W opinii ludu byli to „specjaliści od rozboju”, którzy nie trudnili się żadną inną profesją. Napadali na podóżnych i kupców. We Włościejewkach koło Śremu, Międzychodzie i Zbąszyniu pamiętano o ich napadach na kościoły. Niekiedy wyprawiali się, aby obrabować młyn. Rozvójnik ze Zdziechowa pod Gnieznem podejmował wielkie wyprawy zbójeckie aż do Prus Wschodnich, skąd wracał z bogatym łupem i wieloma jeńcami. Tych składał jako ofiary na pagórku pod wsią. W Kotłowie opowiadano, że tamtejsi rozbójnicy mieli „przez drogę przeciągnięte powrozy, podciągające za dzwonki, gdy kto takowe w przejeździe poruszył, po czym zbójcy wypadali z ukrycia i uderzali na podróżnego”. Tam też według tradycji mieli zorganizować napad na króla Augusta III. Jedyne pozytywne wspomnienie pozostawił po sobie przywódca rozbójników Śpik, który „napadał na bogatych, ludzi biednych często zaś wspierał, za co mu się odwdzięczyli, ukrywając go przed okiem władz”. W ludowej tradycji funkcjonowali często jako mordercy, którzy swoje ofiary poddawali okrutnym torturom. Równie zła sławą cieszył się Spochacz. W Żółczu koło Czerniejewa opowiadano, że banda rozbójników napadała na dwór okrutnego pana i go zamordowała. W niektórych miejscowościach (Bogdaj koło Odolanowa, Falmierowo koło Wyrzyska) wspominano o rodzinach chłopskich, które prowadziły rozbójniczy żywot. Treści o rozbójnictwie jakie zachowały się w folklorze znane są też z szeregu innych miejscowości (Sowiniec koło Mosiny, Łomnica koło Zbąszynia, Bielsko koło Międzychodu, „Służewo koło Strzelna, Gościeszyn koło Żnina, Kępno, Poznań, Mieszkowo koło Jarocina, Siedlec koło Środy, Wełna koło Obornik, Janowiec Wlkp., Podlesie koło Wągrowca, Radlin koło Czarnkowa).
            Popularnym tematem opowiadań były rozbójnicze zamki i tajemne kryjówki połączone niekiedy z okolicą podziemnymi korytarzami. Wdzięcznym tematem ludowych podań o rozbójnikach były skarby przez nich ukryte.  Snuto niezliczone wersje ich znalezienia, a niekiedy przeznaczania na zbożne cele.



Rycerze rozbójnicy w akcji, raz jeszcze...


            Ważnym elementem opowiadań o rozbójnikach było przekonanie o ich magicznych zdolnościach i możliwościach. Częste ucieczki pojmanych złoczyńców stawały się przedmiotem różnych irracjonalnych spekulacji. Najwięcej takich treści obrosło wokół postaci kujawskiego Głydy. Ten „przy pomocy ziółka regularnie otwierał więzienne drzwi i uciekał”. Twierdzono, że Głyda  „był mistrzem w otwieraniu zamków. Jego kajdany pękały, gdy przytrzymywał je ręką, co zawsze pomagało mu w ucieczce z więzienia. Ludzie opowiadali, że podczas włamań miał przy sobie trzy rzeczy: Żółwie ziółko, które miało zdolność otwierania wszystkich zamków, rozluźniania wszystkich kajdanów. Pozwolił, by wrosło mu w otwartą dłoń, dlatego żaden zamek nie był przed nim bezpieczny; kwiat paproci, który zdobyć można dwunastej godzinie w noc świętojańską kwitnący tak długo jak dzwony kościelne obwieszczają tę godzinę. Potem opada. Szczęśliwemu znalazcy kwiat wskazuje wszystko to, co zostało ukryte; świecę złodziejską, którą rozbójnicy i złodzieje w ten sposób pozyskują, że zabijają ciężarną kobietę. Potem biorą jedną nogę płodu, a ponieważ nie świeciło jeszcze na nią żadne światło, noga służy nowemu właścicielowi i tylko jemu, jako latarnia”. Równie interesujące były opisy otrzymywania żółwiego ziółka. Twierdzono, że w tym celu należało poszukać gniazda żółwiego, ogrodzić je patyczkami dookoła, by żółw nie mógł wyjść. Ten jednak „umiał sobie poradzić. Po jakiejś chwili przyniósł  w pyszczku roślinę, którą dotykał te małe pniaczki, a one wyskakiwały w powietrze”.  Owa roślinka była tzw. „żółwim ziółkiem”. Takie ziółko wrośnięte w dłoń posiadał także Kucok z okolic Strzelna. Niezwykłe zdolności magiczne przypisywano także rozbójnikowi Passowi pod Pobiedzisk. Zagacz natomiast wszedł do demonologii ludowej. Między Poznaniem, Murowaną Gośliną a Skokami[2] uznawany był w końcu XIX wieku za ducha polnego, stąd też wzięło się popularne tu powiedzenie przestrzegające dzieci przed oddalaniem się od zagrody: „Nie chodź w żyto, bo cię Zagacz schwyto!”.




Kolejne pokolenie rabusiów.
 

            Częstym elementem opowiadań o  rozbójnikach były poszukiwania ich przez policję, żandarmerię, wojsko oraz okoliczności śmierci. Opowiadano zatem tym, w jaki sposób pojmano niebezpiecznych rozbójników, pod Rogoźna i kujawskiego Spochocza. W jednym z przekazów na ten temat twierdzono, iż kiedyś Spochocz upił się w lesie wódką obrabowanego i związanego przedtem młodzieńca. „Wtedy chłopiec rozwiązał swoje więzy, związał nimi rozbójnika, wrzucił go na swoją taczkę i pojechał do miasta. Po drodze jednak rozbójnik wytrzeźwiał i usiłował się uwolnić.  Wtedy ze strachu szewczyk wziął swój nóż i wydłubał rozbójnikowi oczy, Rozbójnik zemdlał z wielkiego bólu i tak chłopcu udało się szczęśliwie dojechać do miasta. Tutaj skazano rozbójnika na śmierć. Jednak przed swoim końcem chciał porozmawiać jeszcze z chłopcem i tę prośbę spełniono. Gdy przyprowadzono chłopca, wtedy wyciągnął rękę i jednym chwytem zgniótł chłopcu czaszkę, taki był silny. Chłopak padł martwy”. Rozbójnik Głyda, regularnie otwierający drzwi wszystkich więzień, po schwytaniu został „zamurowany w celi. A była tak wąska, że mógł tam tylko stać. Do tego z góry bez przerwy kapała woda. W ten sposób został zadręczony na śmierć”. Na ogół jednak wspominano, iż pojmani rozbójnicy traceni byli na szubienicy (Sowiniec koło Mosiny, Łomnica koło Zbąszynia, Przybychowo koło Obornik, Kościelne Podlesie koło Wągrowca, Połajewo). Rozbójnicy przyłapani na próbie napadu na Augusta III „swoją swawolę przypłacili życiem. Wszyscy poszli do wieży, w której znajdowały się jadowite węże i dzikie zwierzęta czekające na skazanych przestępców”.
Wspomnieć tu także należy, że Madaj zaprzestał rozboju wskutek perswazji duchownego, który roztoczył przed im wizję mąk piekielnych, jakie niechybnie go czekają, jeśli kontynuował będzie dotychczasowe życie”.


Źródło: Wojciech Łysiak „Ludowa wizja przeszłości. Historyzm folkloru Wielkopolski”, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 1992, s. 94-99.


Przypisy.

[1] Możliwe, że W. Łysiak, bądź autor źródła na które ten się powołał przekręcił owo nazwisko, gdyż zazwyczaj  źródła wspominają je jako Garczyński (m.in. takaż wersja zapisu nazwiska widnieje u Kolberga) – stąd też wziął się przydomek owego raubrittera „Garca”.
[2] Wzmianki na temat Zagacza pochodzą także z okolic Rogoźna,o czym wspominaliśmy w  innym miejscu na naszej stronie: https://regionwielkopolskawsch.blogspot.com/2017/06/style-definitions-table.html
Sam Wojciech Łysiak wzmiankował o nim w innej swej publikacji: „W kręgu wielkopolskich demonów i przekonań niedemonicznych” – wspominając Zagacza właśnie w charakterze nadnaturalnej istoty polnej, z okolic wyżej opisanego zasięgu.
Ciekawym jest fakt, iż w wielu miejscach wierzono w istoty polne, nieprzychylne człowiekowi, które porywać mogą dzieci. Pytanie zatem, czy postać Zagacza wzorowana na rozbójniku zastąpiła wcześniejsze wierzenia (co wiele prawdopodobne – mielibyśmy tutaj do czynienia z wypieraniem starych wątków podaniowych poprzez nowe, aktualniejsze dla ówczesnej społeczności), czy też opowieści o tej istocie miały pojawić się pod wpływem opowieści o owej postaci.


Spis i źródła ilustracji.

1.      Ilustracja przedstawiająca legendarnego raubrittera Eppeleina von Gaillingen, uciekającego z zamku Nuremberg:
2.      Rycerze-rabusie podczas ataku na transport towarowy w średniowieczu.
3.      Rycerze rozbójnicy w akcji raz jeszcze…
4.      Kolejne pokolenie rabusiów:


niedziela, 14 kwietnia 2019

Pisarka ikon z podkaliskich Chełmc.



Przez wzgląd na zbliżające się święta Wielkanocy, zdecydowaliśmy się zamieścić na naszej stronie materiał związany ze sztuką sakralną. Bohaterką wywiadu przeprowadzonego przez Arletę Wencwel, będzie pani Tatiana Rychlewska, mieszkanka Chełmc, jest szczególną artystką, która podejmuje się sztuki pisania ikon.
Prezentowany przez nas wywiad został pierwotnie opublikowany na łamach "Opiekuna" - Dwutygodnika Diecezji Kaliskiej.
Niniejszy wywiad, podobnie jak i dołączone do niego zdjęcia zostają opublikowane u nas w charakterze pro publico bono.







Tatiana Rychlewska, w swym dorobku artystycznym poza wieloma obrazami, może poszczycić się również tymi,
które pozostaną na wieki zdobiąc wnętrze świątyni oraz zaprojektowanymi i napisanymi osobiście ikonami.

Pani Tatiano proszę powiedzieć skąd u tak młodej osoby, z wykształcenia katechetki, takie zamiłowanie do tego typu sztuki?

Tatiana Rychlewska: Sztuka fascynowała mnie od dzieciństwa i w tym kierunku chciałam się kształcić, jednak życie poukładało się inaczej. Mój pierwszy zawód, w którym się kształciłam był zawodem nieco nietypowym jak dla kobiety. Po skończeniu szkoły podstawowej trafiłam do szkoły zawodowej o profilu wielozawodowym. Ja wybrałam złotnictwo. W ogóle to chciałam pójść do liceum plastycznego w Kole albo do Bielska Podlaskiego do szkoły pisania ikon. Jednak rodzice nie uśmiechali się na moje pomysły i stąd jako alternatywa pozostało złotnictwo, w którym przepracowałam sześć lat zdobywając ostatecznie tytuł mistrza.  W tym samym czasie uzupełniłam wykształcenie o liceum i  maturę, aż wreszcie poszłam na studia. Wybrałam teologię. Przez kolejne kilkanaście lat pracowałam w szkole jako katechetka, aż do zamknięcia szkoły w Saczynie. W międzyczasie zrobiłam kolejne studia o profilu artystycznym, zdobywając tytuł magistra sztuki.

Czyli można powiedzieć, że okrężną drogą, ale zrealizowała Pani swoje marzenia o wykształceniu artystycznym.

Tak, obecnie realizuję swoją pasję, jaką jest sztuka, a zwłaszcza sztuka sakralna. A ponieważ gotyckie malarstwo tablicowe i malarstwo ikonowe o rodowodzie bizantyjskim z punktu widzenia technologicznego są identyczne. Także wykonuje jedno i drugie.

Widziałam wykonane przez Panią ikony, a także piękne dzieła nad stellami w kościele w Chełmcach. Które z tych dzieł jest pierwszym albo inaczej bliższym Pani duszy artystycznej?

Przez dłuższy czas interesowałam się malarstwem ikonowym i tzw. tablicowym, ale były to bardziej zainteresowania teoretyczne. Przez wiele lat nie miałam odwagi sięgnąć po ten materiał malarski, jeśli chodzi o technologie. Zawsze wydawało mi się to czymś trudnym, odległym. Nie miałam odwagi by podjąć to wyzwanie.

Co więc spowodowało, że udało się jednak stawić czoła wyzwaniu?

Przełom przyszedł, gdy musiałam się wyprowadzić z Kalisza. Obecnie mieszkam w Chełmcach. Kiedy przeprowadziłam się do Chełmc w kościele parafialnym trwały akurat remonty i prace renowacyjne. I jak to przy takich pracach bywa zatrudniona była ekipa konserwatorska. A skoro mnie od dawna pewne rzeczy interesowały, to nie byłabym sobą, gdybym nie poszła zobaczyć jak pracują. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wzięłam trochę swoich prac malarskich, rysunków itd., by pokazać fachowcom. Zaznaczę, że jeszcze wtedy nie byłam po studiach artystycznych, więc bardziej poszłam pod kątem, by ocenili moje prace i wydali opinię, czy warto inwestować w rozwój moich zainteresowań. Okazało się, że nie tylko można, ale trzeba. I mówiąc trochę nieładnie, usłyszałam, że można nawet moje umiejętności wykorzystać. I tak zaczęłam pomagać przy pracach w kościele. Na początku nie były to skomplikowane rzeczy, bo punktowanie kolorystyki przy obrazach. Potem poznawałam technikę pozłotnictwa i polichromię naścienną. Podjęłam też wreszcie studia artystyczne.


Tak więc warto było się odważyć i pokazać co się umie. A z tego co Pani mówi przydało się złotnictwo i teologia.
 
Jak najbardziej. W tym samym czasie okazało się, że w kościele trzeba wykonać polichromię, która miała zawierać 20 tematycznych scen. Zaproponowano mi wówczas wykonanie cyklu o Różańcu i to w konkretnej specyfice stylistycznej. Absolutnie w grę nie wchodziła sztuka współczesna tylko styl gotycki. Przyznam, że było to wyzwanie dość poważne, bo ogarnąć konkretny styl, jego charakterystyczne cechy, a przy tym jeszcze wyrazić myśl teologiczną to niełatwe zadanie. Scenki różańcowe musiały być opracowane o pewne symbole. I w tym momencie kapitalną pomocą okazała się teologia. Zaprojektowałam swoje własne wizje, które spodobały się księdzu proboszczowi. Zachowałam wszystkie konkretne cechy gotyku. I nie były to kopie, bo mam zasadę, że jeżeli zleca mi się wykonanie kopii to ją wykonuję, a jeżeli ma powstać coś nowego pod czym mam się podpisać, to musi to być oryginalne, choć mieszczące się w kanonie stylu. Dodatkowym wyzwaniem było opracowanie dodatkowych scen, bo jak wiemy Jan Paweł II wprowadził pięć dodatkowych tajemnic Różańca. To była moja pierwsza przygoda jeśli chodzi o sztukę sakralną taką konkretną, która występuje w kościele i która pozostanie mam nadzieję na wieki. Na finalne wykonanie prac poświęciłam całe moje wakacje, pracowałam od świtu do późnego wieczoru. Sceny różańcowe można zobaczyć w Chełmcach na łuku tęczowym.







Czyli to był ten moment przełomowy w Pani twórczości sakralnej?
 
Tak, a przy okazji poznawanie nowej techniki, jakim jest malarstwo ścienne. I to był pierwszy krok do tzw. tempery jajecznej. Ponieważ na ścianach malowaliśmy kazeiną, która występuje w niektórych recepturach tempery. Dodatkowo wykonane scenki różańcowe nadawały się na pracę dyplomową. Kiedy kończyłam I stopnień studiów wykorzystałam je jako część praktyczną przy uzyskiwaniu dyplomu. To było bardzo ciekawe, gdyż nie każdy ma możliwość wykonać swój dyplom gdzieś w konkretnym obiekcie, a już zwłaszcza zabytkowym czy sakralnym.
Zaraz po tym zrodził się pomysł, aby ołtarz główny został połączony z tzw stellami, a nad nimi powstał cykl obrazów na desce, z tzw. scenami „Sześć radości Marki Bożej”. O ile dobrze pamiętam to prace projektowe zaczęłam w 2008 roku, a pierwszy obraz oddałam w 2013 roku. Oczywiście te obrazy podobnie jak scenki różańcowe muszą być zachowane w stylistyce gotyku. Ponadto cały proces technologiczny ich wykonania jest identyczny jak to czynili prawdziwi mistrzowie w gotyku. A więc podobrazie drewniane, ornamentyka grawerowana, pozłacana, elementy rzeźbiarskie i wreszcie tempera jajeczna jako medium malarskie. Z tego co wiem jest to chyba jedyne przedsięwzięcie w Polsce, gdzie jedna osoba wykonuje współcześnie serię autorskich obrazów w stylistyce gotyckiej z zachowaniem całego tradycyjnego procesu technologicznego.

A kiedy spełniła Pani swoje marzenie i zaczęła pisać ikony? Bo ikony się pisze prawda?

Są dwie teorie dotyczące wykonywania ikon. Z jednej strony wielu ikonopisarzy twierdzi, że to jest pisanie i ja do tej grupy należę, ponieważ pisanie ikon to jest jak pisanie traktatu teologicznego. To jest przedstawianie świata teologii, spraw Bożych, naszych prawd wiary, więc je opisujemy. Tylko, że nie czynimy tego piórem tylko kolorem i pędzlem. Prawdy wiary, które chcemy przekazać muszą być opisane symbolem, innym rodzajem słowa. Z drugiej strony można powiedzieć, że jest to pozostałość po języku rosyjskim.

Kiedy powstała pierwsza  ikona?

Pierwsze ikony powstawały bardzo wcześnie, chociaż może niekoniecznie w technice tempery, którą jak wspomniałam zaczęłam zgłębiać dopiero przy pracach w kościele.

Proszę zdradzić naszym czytelnikom jak powstaje ikona.

Jeśli chodzi o sam proces powstawania ikony jest on bardzo pracochłonny, ale równocześnie nasycony pewną symboliką, głębokim sensem religijnym, dzięki któremu mówi się iż jest to równocześnie modlitwa. Wszystkie materiały muszą być pochodzenia naturalnego począwszy od podobrazia, które wykonuje się najczęściej z deski lipowej. Następnie trzeba ją przygotować do całego procesu malarskiego, a więc zagruntować. Jeśli chodzi o gruntowanie, to jest bardzo ładna symbolika tego procesu. Otóż każda warstwa jest poświęcona jednemu z Apostołów. Czyli jest 12 warstw gruntu. I chociaż symbolika jest bardzo piękna to z technologicznego punktu też konieczna, gdyż podłoże musi mieć konkretną grubość. Kolejnym ważniejszym krokiem jest złocenie, w którym wykorzystujemy naturalną glinkę zwaną pulmentem, jak również płatki złota.  Dopiero po tej czynności zaczyna się część malarska. Najpowszechniejszą techniką malarstwa ikonowego jest tzw. tempera jajeczna. Obraz buduje się stopniowo od ogółu kolorystycznego przechodząc do detali, przy jednoczesnym rozjaśnianiu barwnym. Jest to niezwykle trudne, gdyż w malarstwie olejnym wykonanie identycznego elementu potrwa chwilę czy dwie i uzyskamy piękne przejście barwne, a  w temperze trzeba czasami poświęcić kilka godzin, a nawet dzień. Na szczęście w ikonie np. szaty są mocno zgeometryzowane.  

Czy Ikony przedstawiają tylko postacie? Jakie postacie najczęściej przedstawiają Pani ikony? I czy któraś z nich sprawiła większą radość przy pisaniu, a może wręcz trudność?

Zasadniczo ikony kojarzymy z ukazaniem jednej osoby, ale nie do końca tak jest, ponieważ wiele ikon przedstawia życiorysy świętych. Czyli są pewnym zbiorem opisu żywota danej osoby. Są wmontowane scenki z życia. Wykonane przeze mnie ikony przedstawiają najczęściej Matkę Boską albo Pana Jezusa. Obecnie pracuję, można powiedzieć, nad małym ikonostasem, gdzie w skład wchodzą cztery mniejsze ikony Matka Boża, św. Józef, św. Piotr i św. Tymoteusz. To są ikony boczne, a centralna będzie przedstawiała Jezusa Pantokratora. W tym wypadku wszystkie ikony wymagały indywidualnego zaprojektowania, nie mogły być kopiami już istniejących. Nawiasem mówiąc nawet tzw ikony kanoniczne nie wykluczają indywidualności artystycznej. Moje obecne ikony były komponowane od samego początku, każda kreska, każda linia, każdy cień wymagał opracowania. I najtrudniejszą pracą w tym wszystkim jest zgeometryzowanie szat. Tutaj najwięcej trudności sprawiła mi postać św. Józefa. Rozrysowywałam ją kilka razy za nim osiągnęłam zadowalający wizerunek. I tak, św. Józef ma swoich wersji około dwudziestu. 

Co zatem pozostaje jeszcze w sferze marzeń, bo wiele z nich już Pani zrealizowała?

Moim celem właściwie jest udoskonalanie swojego warsztatu, a co za tym idzie stawianie sobie coraz wyższych poprzeczek artystycznych. Wspomnę, że lubię też malarstwo portretowe w technice olejnej, więc w sposób naturalny chciałabym się zmierzyć z jakimś obrazem wielkoformatowym, w technice olejnej. Od dawna chodzi za mną własna wersja „Zdjęcia z krzyża”, ale chętnie też wykonam kopię Rubensa. 

rozmawiała Arleta Wencwel


źródło: Arleta Wencwel, "Fascynacja sztuką sakralnym i gotykiem", Opiekun Dwutygodnik Diecezji Kaliskiej:

 Źródła fotografii:


1. Jej dzieła przetrwają wieki, Życie Kalisza:
2. Fascynacja sztuką sakralną i gotykiem,  Opiekun. Dwutygodnik diecezji kaliskiej: