sobota, 6 października 2018

Ślub jak w bajce, ale czy potem żyli długo i szczęśliwie? Przyczynek do tradycji małżeństw ziemiańskich, cz. I.






Długa i trudna droga do wspólnego szczęścia.



"Poranek ślubny" - F. Bacon (1898).
            

W niektórych rodzinach traktowana własną krew rodową jak swego rodzaju klejnot, którego czystość, poprzez małżeństwa zawierane w arystokratycznym czy choćby szlacheckim, ziemiańskim środowisku, chroniono tak jak tradycję rodzinną, choć skutki były fatalne [1].
W myśl powyższej zasady przykładano zatem niezwykłą dbałość przy kojarzeniu związków małżeńskich pomiędzy poszczególnymi potomkami wielkich rodów. 
            Podstawowe prawo, którym kierowano się przy doborze przyszłych małżonków, zakładało, aby obydwoje z nich byli sobie równi urodzeniem, czyli wywodzili się z rodzin zajmujących podobne stanowisko w hierarchii społecznej. Zasada ta obowiązywała we wszystkich dawnych warstwach społecznych, nawet wśród chłopstwa, gdzie niedopuszczalnym było: aby syn bądź córka zamożniejszych gospodarzy zawarli związek małżeński z kimś urodzonym w biedniejszej rodzinie.
Choć sama idea zawierania tego typu związku z kimś, zakłada potrzebę istnienia pomiędzy dwojgiem partnerów istnienie uczucia – w praktyce zbytnio nie przykładano do tego zbytniej wagi, uważając że miłość, a przynajmniej szacunek przyjdą z czasem. Istotnymi kwestiami z którymi się liczono był status społeczny kawalera i jego rodziny, a także uroda i rodzinny majątek panny. Jak łatwo się domyślić nastawienie to, i idąca wraz z nim nieugiętość głów rodów, przyczyniły się do niejednego miłosnego dramatu zakochanych.  Co odważniejsi pozwalali sobie na przeciwstawienie się woli własnych rodów, i pójście za głosem serca – co zazwyczaj pociągało za sobą wykluczenie z grona rodziny, wydziedziczenie.
Niemniej jednak od czasów upadku Powstania Styczniowego wśród arystokracji-ziemiaństwa dochodziło do ślubów osób z kimś spoza własnej sfery, to jednak dopiero w dwudziestoleciu przestano potępiać tzw. mezalianse, i częściej  dawać zezwolenie na zawieranie przez młodych małżeństw z miłości. Choć i tak mimo owego rozluźnienia obyczajów, sytuacje tego typu przedstawiały się różnie – wiele zależało od wartości wyzwanych w danej rodzinie [2].
            Roman Mycielski z Wrześni podawał następujące przykłady, zawieranych w obrębie jego rodziny małżeństw, min.: opisał okoliczności zawarcia małżeństwa w 1930 roku przez jego rodziców Stanisława hr. Mycielskiego z Wrześni i Marii z Czarkowskich-Golejewskich z Wysuszki, które było już „kompromisem pomiędzy starym obyczajem zawierania małżeństw uzgodnionych wyłącznie przez rodziców, a nowoczesnym podówczas i nie zawsze jeszcze respektowanym polegania wyłącznie na uczuciach  młodych ludzi”. Podobno rodzice obojga spotkawszy się kiedyś, uznali, że małżeństwo ich dzieci „byłoby korzystne ze względów rodzinnych, towarzyskich i majątkowych”. Aby ich poznać ze sobą, w odpowiednim czasie zaaranżowali wspólne spotkanie, które nastąpiło w czasie polowania we Wrześni. Co jeszcze ciekawsze Czarkowscy-Golejewscy przywieźli do Wrześni dwie córki, być może, aby ułatwić paniczowi „wybór pomiędzy przepiękną, 20-ltnią brunetką, Marią, a piękną, 19-letnią blondynką Klementyną”. Trzy dni później kawaler oświadczył się brunetce  i ostał przyjęty, a kolejnego dnia nastąpiły oficjalne zaręczyny. „Stanisław był bardzo przystojny i szarmancki, w dodatku jako jedyny dziedzic pokaźnego majątku był niezłą partią, Maria była jedną z najpiękniejszych kobiet w Polsce, choć poza posagiem nie było na co liczyć, majątek w Wysuczce był ordynacją, a więc był niepodzielny”.
            W kontekście powyższego opisu Romana Mycielskiego warto też zwrócić uwagę na zjawisko „najazdu panien” z jednego regionu kraju, gdzie akurat brakowało odpowiednich kandydatów do mężów, do innego regionu.  Mycielski napisał więc: „Można sobie wyobrazić, jak tym najazdem panien z dalekiego i dzikiego Podola (zamek w Wysuczce leżał o 4 km od Zbrucza) przerażone były wielkopolskie matki mające córki na wydaniu, zwłaszcza te które wiedziały, że w Wysuczce są jeszcze dwie córki (…). Wziąwszy pod uwagę, że w rodzinach ziemiańskich  znano i często stosowano w praktyce stare przysłowie, które mówiło: „Kochaj się daleko, a żeń blisko”, najazd panien z daleka był rzeczywiście prawdziwym zagrożeniem dla panien z sąsiedztwa [3].
            Roman Mycielski przytaczał jeszcze jedną historię pewnego małżeństwa:
Heleny hr. Ponińskiej, późniejszej dziedziczki wielkopolskiej Wrześni, z Edwardem hr. Mycielskim z Galicji, które zawarte zostało w 1896 roku we Wrześni i zastanawiał się, jak do niego doszło: „Dziwny to był ślub jak na owe lata, Edward […] był w porównaniu z Ponińskimi )ponad 4000 ha ziemi) biedakiem, posiadał około 50 hektarów w Górce koło Trzebini […], Przy Ponińskich wyglądał więc na chudopachołka, ale tylko pod względem materialnym, z wyglądu, z wychowania i wykształcenia jest on jednak tym wielkim panem, którym był od urodzenia, dodatkowo był jednak pruskim a nie galicyjskim hrabią. Ale był też synem znanego utracjusza […]. Tak więc ta różnica majątkowa musiała być dla Ponińskich i dla całej wielkopolski niespotykanym więc szokiem oraz mezaliansem, co najmniej na skalę „Trędowatej” [4].
            Kojarzenie związków osób, wywodzących się z majątków kraju, znajdujących się pod innymi zaborami nie było jednak niczym niezwykłym. Praktyka ta miała na celu nie tylko poszerzenie puli genowej w rodzinie; zyskanie cennych mogących w przyszłości korzystnie zaowocować konotacji – ale przede wszystkim posiadała charakter patriotyczny. Stanowiła podkreślenie faktu, iż: bez względu na polityczne podziały, rody szlacheckie w swym poczuciu nadal pozostawały przede wszystkim polskie [5] [6].
            Dobierając parę przyszłych małżonków, bacznie przyglądano się genologii każdego z potencjalnych kandydatów, oraz kandydatek. Istotną była tutaj zasada tzw. „szesnastki”, czyli dbano o to aby: wywód przodków (do prapradziadków włącznie) przyszłego potomstwa dwóch poślubiających się osób, prezentowała się bez zarzutu [7]. Nierzadko dochodziło zatem też do sytuacji, kiedy to na ślubnym kobiercu miało przyjść stanąć dalekiemu kuzynostwu. Przeszkodę powinowactwa i pokrewieństwa w stopniach dalszych znosiła biskupia i papieska dyspensa [8].
            Okazjami do zapoznania się między pannami na wydaniu, a kawalerami do wzięcia stanowiły organizowane w kulturze szlacheckiej spotkania towarzyskie takie jak: bale karnawałowe, czy sezonowe polowania. Nierzadko jednak decydowano się swatać ze sobą osoby pochodzące z rodzin zamieszkujących dwory znajdujące się w bliskim sąsiedztwie.
Za najdogodniejszy czas na zamążpójście uważano osiągnięcie przez dziewczynę 17-20 roku życia – natomiast osiągnięcie przez nią wieku 25 lat, stanowiło „granicę”, której przekroczenie stanowiło wkroczenie w wiek „staropanieństwa”.
Inaczej przedstawiała się sytuacja u kawalerów, od których oczekiwano iż: zanim zdecydują się założyć własną rodzinę, najpierw zdobędą stosowne wykształcenie, oraz odbędą służbę wojskową. Tak więc mężczyzna wywodzący się z tej sfery społecznej, który nie przekroczył jeszcze wieku 30 lat, uważany był w towarzystwie raczej za „niedojrzałego”, czy też raczej towarzysza zabaw („dansera”), niż „epuzera” – kandydata do małżeństwa [9].  Roman Mycielski w swych wspomnieniach zauważał, że panowało wówczas następujące przekonanie: uważano, że mężczyzna nie powinien się żenić przed trzydziestką, przy czym uważano, że optymalna różnica wieku między mężem i żoną powinna wynosić około 10 lat [10].
Późniejsze okresy przynosiły zazwyczaj zmiany w omawianym sposobie myślenia, i nie przywiązywano już zazwyczaj tak istotnej wagi, do różnicy wieku pomiędzy przyszłymi małżonkami. Wcześniej zdarzało się natomiast, iż owa różnica mogła być znacznie większa, niż owe wspomniane wcześniej dziesięć lat. Przy czym za (dużo) starszych partnerów wydawano zazwyczaj dziewczęta; z kolei małżeństwa młodego dziedzica ze starszą od siebie wybranką bywało na ogół źle postrzegane [11].  


 Portret ślubny żony wg. mistrza Jana Matejki.


            W tradycji szlacheckiej staranie się o rękę wybranki wcale nie należało do zadań łatwych – należało bowiem zaskarbić sobie nie tylko miłość i zaufanie swej wybranki, lecz także szacunek jej rodziny. Ponadto nieocenione okazywały  się kontakty z osobami, które mogły w tej kwestii świadczyć na jego korzyść – w rolę „swatek” często wcielały się tutaj udzielające się towarzysko matki, oraz ciotki. Znajomość towarzystwa w którym się obracały okazywała się nieoceniona przy „badaniu potencjalnego gruntu” – a któż mógł mieć o tym lepsze pojęcie jeśli nie kobiety? Wiedza o małych i większych sekretach rodu, z którego wywodziła się „upatrzona” panna, pozwalały ocenić, czy warto podjąć o nie starania, czy też nie. Ponadto ich wstawiennictwo okazywało się nieocenione, gdy decyzja głowy rodziny w sprawie zgody na zawarcie przez młodych małżeństwa brzmiała negatywnie. Cóż, gdzie diabeł nie może, tam babę pośle… Jeśli zatem komuś szczerze, i wyjątkowo zależało na zdobyciu ręki ukochanej – warto było postarać się o dobre relacje z potencjalną teściową, bądź życzliwym sobie gronem ciotek, czy babek. Nie zawsze gwarantowało to szczęśliwe zakończenie danej historii, jednak zawsze dawało pewne szanse.
            A oto i przykład „oświadczyn” wystosowanych przez matkę księcia Konstantego Adama Czartoryskiego, która w imieniu syna wysłała list do matki Anieli Radziwiłłówny:
 „Duszo Kochana proszę cię o tę Dziewkę, którą (…) aż do śmierci kochać będę. Mój mąż będzie cię o to samo prosił (…) Kostusia szczęście masz w ręku swoim. (…) Napisz mi proszę, gdzie twój mąż żebym do niego także napisała”. W niedługim czasie wtórował małżonce książę Adam Kazimierz: „mój syn Konstanty uważa jak spełnienie uszczęśliwienia swego otrzymania ręki Księżniczki Jejmości Angeli” [12].
            Zgodnie z przyjętymi zasadami kawaler starający się o rękę panny, powinien okazywać jej swoje zainteresowanie poprzez częste wizyty w jej domu. W spotkaniach tych młodym często towarzyszył ktoś jeszcze, zazwyczaj była to przyzwoitka, bądź matka dziewczyny. Przed I wojną światową było bowiem nie do pomyślenia, aby młodzi mogli przebywać ze sobą „sam na sam” – urągało to dobrym obyczajom, a i pobrzmiewała w tym troska o cnotę panny. Dla jej dobra przyjmowano także, że jej matka miała prawo wglądu we wzajemną korespondencję – zarówno po to by móc dobrze poznać swego potencjalnego zięcia, jak i móc wyczuć ewentualne zagrożenie z jego strony [13].




 Rycina z modą ślubną z 1900 roku.


            Kandydat do ręki panny, odwiedzając jej dom powinien być przy tym czujny i obserwować reakcję na jego zaloty zarówno ze strony jej, jak i rodziny do której przynależała. W przeciwnym wypadku mógł narazić się na śmieszność, i postrzeganym jako arogancki natręt. „Niechcianych” kawalerów spławiano nie tylko podając im czarną polewkę, ale także… arbuza, bądź ananasa (w bogatszych domach) [14]. Tak oto wyglądało to wśród arystokratycznych sfer.
            Oświadczyny zazwyczaj posiadały intymny charakter: najpierw „on” zadawał pytanie „jej”, czy przyjmuje jego propozycję małżeństwa – jeśli odpowiedź była pozytywna, młodzi udawali się pytać o zgodę i błogosławieństwo na związek do własnych rodziców. Wśród niższych statutem rodzin ziemiańskich, zaręczyny potrafiły przybierać dość „swojski charakter”: kawaler pewien akceptacji rodziny ze strony swej wybranki, składał we dworze jej rodziców wizytę w towarzystwie swatów – a gdy wszystko przebiegło pomyślnie: zaręczyny przepijano wódką, po czym młodzi mogli już bez przeszkód wymienić się pierścionkami [15].
            Przykładowo: Aleksandra z Tańczyńskich podarowała Marcelemu Tarczewskiemu pierścionek z oczkiem przedstawiającym pieska, na pierścionku otrzymanym od narzeczonego również widniał symbol wierności – splecione dłonie” [16]. Pierścionek zaręczynowy posiadał charakter symbolu-artefaktu, świadczącym zarówno o „przyrzeczeniu sobie,  jak i oznaczającym „wyłączenie” / „zawieszenie” danej osoby spoza zalotów osób postronnych (faza marginalna w obrzędach przejścia) [17].
 Przyjęcie zaręczynowe nie było obowiązkowym, wydarzenie to zazwyczaj odbywało się w gronie najbliższych – zazwyczaj bogatsi i bardziej wpływowe rody pozwalali sobie na wydanie z tej okazji balu. Do zwyczaju należało także ofiarowanie sobie zaręczynowych podarków, jednakże nie zawsze oczekiwano by były one drogie.
 

            Zaręczyny rzecz jasna można było także zerwać, czemu także  towarzyszyły ściśle określone konwenanse. Przybierało ono zazwyczaj formę stosownego listu adresowanego do jednej ze stron, czy też ich rodziny. Jego przykłady uwzględnił Józef Chociszewki w swym Przewodnik do pisania listów miłosnych tyczących się ożenienia i zamążpójścia" z 1900 roku [18]:


Łaskawy Panie!

Z miłością najszczerszą i przywiązaniem serdecznem, oraz w nadziei pozyskania dobrej żony poprosiłem Pana o rękę Jego córki. Niestety! Wkrótce potem zbliżywszy się do panny Kunegundy miałem sposobność poznać w niej te i owe nie bardzo chwalebne przymioty, które też już dawniej wywołały pomiędzy nami pewien rozstrój. Lecz mimo to chętnie zniosłem nie jedną przykrość, gdyż spodziewałem się, że czas wszystko naprawi. Teraz atoli mam dowody, że panna Kunegunda, o co zresztą posądzałem ją od dawna, nawiązała stosunek z urzędnikiem Wywijalskim, jaki ją dawniej w nim łączył na nowo i to jeszcze  poufalej niż dawniej. Ustępuję więc miejsca panu Wywijalskiemu jak najchętniej i muszę Panu niniejszem donieść, że zaręczyny moje z córką Pańską uważam za zupełnie zerwane.
Upraszam więc Łaskawego Pana, abyś zechciał jej to oświadczyć i pozostaję z szacunkiem.

Roman Szymanowicz.


Panie!

Od czasu pewnego zauważyłam że Pan w mej osobności zachowujesz się tak nieprzyzwoicie i niezgrabnie, że niepodobna mi dłużej pozostawać z Panem w stosunku jaki nas dotychczas łączył. Szczególniej wczorajsze Pańskie postępowanie jest do nieusprawiedliwienia. Zapewne i tą razą będziesz się Pan starał przeprosić mnie wymówką, iż nie byłeś trzeźwym lecz toby winy Jego wcale nie zmniejszyło, gdyż człowiek z wychowaniem za jakiego chcesz Pan uchodzić, nigdy nie powinien oddać się nałogowi pijaństwa. Dziękuję Panu Bogu, że już teraz odsłonił się ten wstrętny nałóg i zachowuje mnie przez to od wszelkich możliwych skutków. Przy tej sposobności odsyłam Panu darowany pierścionek i proszę nawzajem mój mi zwrócić. Zasyłam jeszcze Panu tę radę, jako dobra przyjaciółka, którą i nadal dla Niego pozostanę, abyś więcej dbał o swoją powierzchowność, bo zwłaszcza paniom młody człowiek zaniedbujący się w ubraniu rzadko kiedy się będzie podobał.
Z przynależnem uszanowaniem

Stefania Prawdzińska.


Pierwszy krok na wspólnej drodze życia.




Rycina z modą ślubną z 1900 roku.


Kolejne miesiące upływały pod znakiem przygotowań ślubnych: sporządzania listy gości i wysyłaniu do nich zaproszeń; spisywaniu intercyzy, zapowiedziom i uczęszczaniem na nauki przedmałżeńskie.
Jedną z najważniejszych kwestii poprzedzających wielkie wydarzenie było skompletowanie wyprawy dla panny młodej – która nie raz doprowadziła do zadłużenia tych rodzin rodziny, które pragnęły jak najwystawniej wydać swoją córkę za mąż. Ewa z Wendorffów Felińska, dobrze znała mężatki, które „wyszły za mąż jednie celu dostania niektórych strojów, do których głowa się im paliła, a których wiedziały, że nie dostaną inaczej, chyba na wyprawę” [19]. (…) Klementyna z Tańskich (późniejsza Hoffmanowa) czynnie włączyła się w pracochłonne szycie wyprawy ślubnej dla swej siostry, tak że Aleksandra pisała w pamiętniku, iż obawiała się „iż z tego ciągłego szycia” ona i „poczciwa, zacna, nieoszacowana Klemunia” „przemienią się w igiełki”. Ksawera z Brzozowskich wyrażała wdzięczność ojcu za to, że sprowadził specjalnie dla niej poczwórną karetę z Wiednia, sfinansował zakup pereł z Paryża i futer z Petersburga. Stanisława z Szczanieckich za pieniądze otrzymane od ciotki Stablewskiej oprócz mebli, pościeli i ubrań nabyła prośną maciorę. Sprawunki ślubne robiła w poznańskich sklepach i składach, na przykład w składzie płócien  i bielizny M.J. Kamieńskiego w czy w Handlu towaru modnych K. Liszkowskiego (…). Klaudyna z Działyńskich Potocka zaręczona z Bernardem Potockim otrzymała między innymi luksusowy zestaw mebli do wyposażenia domu oraz przedmiotów codziennego użytku, w tym choćby dwa kryształowe pudełka do grzebieni i szczoteczek do zębów. Długo można wymieniać przeznaczone dla niej sunie różnorodnej materii i koloru, kapelusze, peleryny, salopy, rękawiczki, szale, chustki, chusteczki, wstążki, sprzączki, bieliznę osobistą i pościelową [20].
            W skład bielizny pościelowej  oprócz poszew,  poszewek, prześcieradeł, itp. Wchodziły też ręczniki. Wszystko to z wyjątkiem kołder i poduszek miało wyhaftowane tak zwane cyfry, czyli wiązane monogramy panieńskie i korony rangowe albo herby panieńskie. Ponadto tradycją było  przekazanie córce posażnego kompletu sreber stołowych na co najmniej dwanaście osób, a czasami także serwisu porcelanowego i szkieł. Srebra oznaczano grawerowanymi, a porcelanę malowanymi herbami przynależącymi do nazwiska panieńskiego kobiety wychodzącej za mąż, lub „cyframi” panieńskimi [21].
            Są znane przypadki, że wraz z panną młodą do nowego majątku przenosił się ktoś ze służby. Najczęściej była to jej osobista panna służąca. Na przykład hrabianka Zofia Ponińska, wychodząc za mąż za Bogdana hr. Szembeka, przywiozła z wielkopolskiego Kościelca do mężowskiego Wysocka służącą oraz kucharkę [22].





            Dzień ślubu. Jak zauważał T.A. Pruszak, w ziemiańskim społeczeństwie jednym z terminów jakie obierano sobie za czas zawierania ślubów była Wielkanoc – nie stanowiło to jednak żelaznej reguły.
Jeżeli ślub odbywał się na wsi, to zazwyczaj miało to miejsce w kościele parafialnym, w okolicach pochodzenia panny młodej; rzadkiej w kaplicy rodowej (tyczyło się to zazwyczaj zamożniejszych rodów, posiadających dużą posiadłość gdzie kaplica była po prostu większa); czy też przy ołtarzu urządzonym w salonie. Ślub w mieście odbywał się zazwyczaj w sytuacji, gdy rodzina jednego z małżonków tam przebywała (posiadała pałac, kamienicę, mieszkanie) [23]. W przeddzień ślubu mogło dochodzić do organizowania „wieczorów kawalerskich”, bądź „panieńskich” – nie było to jednak praktykowane wszędzie, wiele zależało od tradycji rodziny, panującej mody. Nie występowały także w jego trakcie elementy rytualne tak tradycyjne dla kultury ludowej.
            Dzień ślubu rozpoczynał się zazwyczaj ok. 8-10 rano, zorganizowanym dla przybyłych gości śniadaniem - w tym czasie pannę młodą w strój ślubny ubierały towarzyszące jej  kobiety (pokojówki, druhny, etc). Zdarzało się też, że godzinę ślubu ustalono na wieczór, wówczas przed południem „całe towarzystwo weselne’ uczestniczyło we Mszy Świętej, modląc się o szczęście i błogosławieństwo dla młodej pary. Ksawera z Brzozowskich po Mszy bawiła się z gośćmi w ogrodzie przy akompaniamencie muzyki, ale już w czasie obiadu, ponieważ „ panna młoda do stołu nie siada”, pozostawała w swym pokoju i w oczekiwaniu na ślub odmawiał różaniec [24].
Przed wyruszeniem do kościoła młodzi klęcząc na poduszkach przyjmowali od swoich rodziców błogosławieństwo. W jego trakcie panna młoda mogła otrzymać odrobinę soli, chleba i złotą monetę „aby jej w życiu niczego nie brakowało” [25]. Jak wiemy z przekazów źródłowych element ten, zwłaszcza z podobizną Matki Boskiej, uobecniał się także w ubiorze panny młodej.
Według relacji Zofii Matuszewiczówny księżna Izabella Czartoryska przed przypięciem ślubnego wianka pannie Helenie z sieniawskiego fraucymeru umieściła w jej włosach dukat, odrobinę chleba i szczyptę soli. Chleb, sól i dukat stanowiły zapowiedź dobrobytu, soli przypisywano też moc ochronną przeciw złym urokom (…). W stroju Ewy z Wendorffów późniejszej Kazimierzowej Szemeszowej zabrakło ślubnego wieńca, a pod nim święconego dukata, ubierający panną młodą zrezygnowali z tych detali, uznając że wyszły z mody i zaliczając je do „parafiańskich zwyczajów”, co spotkało się z krytyką przywiązanych do tradycji gości [26]. T. A. Pruszak wspominał, że jeszcze w XX wieku wszywano w welon dukat z Matką Boską [27].
            Jeżeli ślub był zawierany późną jesienią, bądź zimą – strój panny młodej ubogacał staropolski kontusik – biały kożuch podbity białym futerkiem, i biały kołpak na głowę [ 28]. Panna młoda miała też na głowie welon z długim ogonem, czasem połączony z diademem, a innym razem położony był na niego wianek. Przyjęło się uważać, iż suknia „młodej” powinna być białego koloru, co symbolizowało „niewinność”. Zdarzało się jednak, iż występować mogła ona także i w innych barwach – zwłaszcza, gdy kobieta wstępowała w związek małżeński po raz kolejny.
            Przed I Wojną Światową: Suknia była na ogół bardzo „zabudowana”, to znaczy miała długie ramiona i kołnierz zakrywający nawet szyję. Jeśli uwzględnimy jeszcze białe rękawiczki na dłoniach i welon zakrywający włosy, musimy stwierdzić, że Anna młoda miała odkrytą jedynie twarz. Odkrycie rąk poniżej łokci było dopuszczalne, ale i tak trzeba je było skryć pod długimi białymi rękawiczkami. Suknia była dość szeroka w spódnicy i w ramionach natomiast kobiecą figurę w tym czasie podkreślał mocno „ściśnięta” talia.  Suknia była wykonana zazwyczaj z jedwabiu, na przykład lekkiej jedwabnej tkaniny zwanej krepdeszynem i ewentualnie ozdobiona koronkami. Welon był z koronki lub tiulu oraz przybrany kwiatami pomarańczy i mirtu [29].
            Okres I wojny światowej jest pewną granicą, bo odtąd suknia na ogół nie zakrywała już tak szczelnie ciała. Szyja ostałą już całkiem odkryta, a nawet dopuszczały był nieduży dekolt. Białych pantofelków i pończoch początkowo raczej spod sukni nie było widać. Dopiero  od połowy lat 20. Nastała ogólna moda na krótsze sukienki, sięgające nieco poniżej kolan, co też było zauważalne w tym czasie w przypadku sukien ślubnych [30].
            W latach 30. XX wieku biała suknia była wąska i luźno opadająca, gładka lub z plisowaną spódnicą, znów sięgająca ziemi i z długimi rękawami. Ściągnięta w talii na przykład szeroką lub wąską biała taśmą. Często sama suknia pozostawała dośc skromna, bez specjalnych zdobień, natomiast odpowiedni efekt uzyskiwano dzięki bardzo długiemu welonowi. Szyja nadal była odkryta, ewentualnie z małym dekoltem. Czasem na szyję zakładano wianek. Dodatkiem do białej sukni mógł być biały żakiecik oraz mała biała torebka. Zdobił jedynie  welon lub diadem, do którego boków  doczepiony był welon nie zakrywający już całej głowy. W latach międzywojennych panna młoda w ręku trzymała na ogół dużą wiązankę białych kwiatów, między innymi goździków i róż [31].




            Strój pana młodego stanowił zazwyczaj modny ubiór danej epoki. Na przełomie XIX i XX wieku zakładał on do ślubu strój określany mianem „cravate blanche” – składający się z czarnego fraku i spodni, do których zakładano kamizelkę z piki, oraz koszulę – która podobnie jak pozostałe dodatki pozostawała biała [32]. Frak jako strój wieczorowy powinno się zakładać po godz. 19, jednak okazja ślubu stanowiła wyjątek, zarówno w przypadku osoby samego „młodego”. Ponadto mężczyzna zawierający właśnie ślub mógł mieć do niego przypięte  jakieś odznaczenie np. krzyż maltański [33].
Zamiast fraka młody mógł włożyć na siebie także żakiet, który składał się z: czarnej popielatej kamizelki, takiż spodni. Starsi panowie młodzi zwykli wkładać jednak surdut, którego elementem charakterystycznym była dwurzędowa przedłużana marynarka [34]. W latach 30. XX w. strój pana młodego stanowił zazwyczaj ciemny garnitur, dobrany do białej koszuli, oraz dodatków.  
Zdarzało się że w kontekście patriotycznego ducha, młodzi szlachcice przywdziewali  do ślubu szlachecki strój narodowy: kontusz, żupan, z nieodłączną karabelą – śluby takie nazywano „kontuszowymi”, i zdarzało się wówczas iż młody nie był jedynym, który na taką okazję ów strój wkładał.  Jednakże możliwość jego zakładania zależała od danego zaboru: w austriackim istniał przywilej pozwalający wkładać ów strój panu młodemu; w zaborze rosyjskim był on zakazany od czasów Powstania Styczniowego; w pruskim wszystko zależało od zgody udzielonej przez landrata. Natomiast po odzyskaniu niepodległości zastępował go raczej galowy mundur oficerski [35].
           
            Goście ubierali się w stroje odpowiednie do epoki, i zazwyczaj były to stroje wieczorowe, mężczyźni często zakładali na tę okazję cylindry, kobiety zaś biżuterię rodową – co z kolei było cechą charakterystyczną dla polskich arystokratek [36]. Ponadto zdarzało się często, iż mężczyźni zakładali na tę okazję wspomniane wcześniej staropolskie stroje, galowe mundury wojskowe, a jeszcze wcześniej - w czasach I wojny światowej, mundury wojsk zaborczych.
W symbolicznym przeprowadzeniu z jednej kategorii społecznej do drugiej partnerowali młodym drużbowie. Weselny orszak otwierali drużbowie prowadzący do ołtarza pannę młodą, za nimi podążał pan młody w asyście druhen, a dalej dla nadania świetności gości sformowani w pary. Od ołtarza, już związanych małżeńską przysięgą odprowadzali młodych odrębni drużbowie [37].
Charakterystycznym elementem zakończenia ceremonii zaślubin było przejście młodych przez „bramkę” – czyli „tunel” uczyniony z uniesionych do góry, trzymanych przez mężczyzn szabli.
Ponadto wydarzenie zaślubin członków rodzin szlacheckich było zawsze wydarzeniem, w którym uczestniczyli nie tylko członkowie rodzin ale i mieszkańcy okolicznych wsi, bądź miasta gdzie odbywała się uroczystość. Młodzi otrzymywali od wszystkich przybyłych życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności na nowej, wspólnej już drodze życia; a co przesądne panny prosiły młodą o ofiarowanie im na szczęcie fragmentu ślubnego welonu. Po zakończeniu tego etapu, przychodziła pora na weselne świętowanie – jednak o tym opowiemy już w kolejnej części cyklu.


Przypisy.

[1] T.A. Pruszak, Ziemiańskie święta i zabawy. Tradycje karnawałowe, ślubne, dożynkowe i inne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s. 228.
[2] zob. Tamże, s. 238.
[3] Tamże, s. 234.
[4] Tamże, s. 235.
[5] zob. Tamże, s. 234.
[6] zob. N. Kapuścińska, Małżeństwa córek ordynata Antoniego Pawła Sułkowskiego z Królewiakami i Galicjanami – przejawem między zaborowych kontaktów ziemiaństwa,, t. II, dr Marek Jaeger (red.), Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy Zespół Pałacowo-Parkowy, Dobrzyca 2011.
[7] Tamże, s. 227.
[8] Tejże, Rytuały przejścia  w scenariuszu szlacheckiego wesela, [w:] Dobrzyckie Studia Ziemiańskie, t. III, dr Marek Jaeger (red.), Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy Zespół Pałacowo-Parkowy, Dobrzyca 2012, s. 54.
[9] zob. Pruszak, dz. cyt., s. 232-233.
[10] Tamże, s. 232.
[11] zob. Tamże.
[12] N. Kapuścińska, Rytuały przejścia…, s. 48.
[13] zob. Pruszak, dz. cyt., s. 248.
[14]zob.  N. Kapuścińska, Rytuały przejścia…, s. 49.
[15] Tamże.
[16] tamże, s. 50.
[17] zob. Tamże.
[18] Ziemiańskie Klimaty, Ziemiański savoir-vivre:
[19] N. Kapuścińska, Rytuały przejścia…, s. 51.
[20]  Tamże, s. 51-52.
[21] Pruszak, dz. cyt., s. 249.
[22] Tamże, s. 250.
[23] Tamże, s. 251-253.
[24] N. Kapuścińska, Rytuały przejścia…, s. 58.
[25] Pruszak, dz. cyt., s. 277-279.
[26] N. Kapuścińska, Rytuały przejścia…, s. 56-57.
[27] Pruszak, dz. cyt., s. 250.
[28] zob. tamże, s. 251.
[29] Tamże.
[30] Tamże, s. 251-252.
[31] Tamże, s. 252.
[32] zob. Tamże, s. 252-253.
[33] zob. Tamże.
[34] zob. Tamże.
[35] zob. Tamże, s. 255.
[36] zob.  Tamże, s. 267.
[37] N. Kapuścińska, Rytuały przejścia…, s. 57-58.


Bibliografia.


1. Kapuścińska Nina, Małżeństwa córek ordynata Antoniego Pawła Sułkowskiego z Królewiakami i Galicjanami – przejawem między zaborowych kontaktów ziemiaństwa,, t. II, dr Marek Jaeger (red.), Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy Zespół Pałacowo-Parkowy, Dobrzyca 2011.
2. Kapuścińska Nina, Rytuały przejścia  w scenariuszu szlacheckiego wesela, [w:] Dobrzyckie Studia Ziemiańskie, t. III, dr Marek Jaeger (red.), Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy Zespół Pałacowo-Parkowy, Dobrzyca 2012.
3. Pruszak Tomasz Adam, Ziemiańskie święta i zabawy. Tradycje karnawałowe, ślubne, dożynkowe i inne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012.
4. Ziemiańskie Klimaty, Ziemiański savoir-vivre:
http://ziemianskieklimaty.weebly.com/savoir-vivre.html



Źródła ilustracji:


1.           "Poranek ślubny" - F. Bacon (1898):
2.  Portret ślubny żony wg. mistrza Jana Matejki:
3. Dwie ryciny z modą ślubną z 1900:
4. Zaręczona „Tygodnik Ilustrowany” (1893):
Kapuścińska Nina, Rytuały przejścia  w scenariuszu szlacheckiego wesela, [w:] Dobrzyckie Studia Ziemiańskie, t. III, dr Marek Jaeger (red.), Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy Zespół Pałacowo-Parkowy, Dobrzyca 2012.
5. „Magazyn mód: dziennik przyjemnych wiadomości” (1850):
Tamże.