niedziela, 27 maja 2018

Pod szczęśliwą gwiazdą - ze wspomnień Stanisława Zaborowskiego, cz. 2.



Dziś prezentujemy drugą część wspomnień Stanisława Zaborowskiego, tym razem skupimy się na wspomnieniach nie tylko dotyczących życia rodzinnego, lecz także tych dotyczących obrzędowości wśród szlacheckich rodów, jak i  zniszczeń Kalisza podczas  I Wojny Światowej. Uzupełnieniem niechaj będą wspomnienia pochodzące od Stanisława Zaborowskiego jr. - syna naszego bohatera, dotyczące lat spędzonych w majątku w Gościejewie.
Jeszcze raz dziękujemy synowi bohatera Wspomnień - Panu Stanisławowi Zaborowskiemu za zgodę na publikację u nas przedstawianych materiałów, oraz za udzielenie własnych ciekawych wspomnień dotyczących pobytu rodziny w Gościejewie. 


Czar ziemiańskiego ducha - czyli o uroczystościach rodzinnych, okolicznościowych, oraz obchodach świąt.


Honorata Zaborowska.

            Wspomnienia Stanisława Zaborowskiego obfitują w niezwykle barwne opisy okoliczności towarzyskich, na które spraszani byli nie tylko członkowie rodziny, ale i także przedstawiciele ówczesnych okolicznych elit. Ponadto poza ziemiańskim rozmachem w ich organizowaniu, odnaleźć tam możemy wzmianki na temat folkloru miejscowej ludności chłopskiej - strojów, muzyki, etc. Ma to miejsce chociażby, w przypadku pierwszej takiej przytaczanej przez nas okoliczności, jaką było 50-te urodziny ojca bohatera wspomnień:

W 1912 r. kończył się kontrakt ze Skórzewskim i staje kopalnia. 28 czerwca 1912 roku Ojciec kończył 50 lat. Był zawsze zdania, że jeśli państwo 50-letniego pracownika posyła na emeryturę, uważając go za mniej wydajnego, to dlaczego nie stosuje tego samego do siebie kupiec, przemysłowiec, adwokat, a przynajmniej ten, który do tego wieku potrafił dorobić się na tyle, żeby mu starczyło na dostatnie życie do śmierci – dlaczego w dalszym ciągu zabiera chleb tym, którzy są na dorobku i nie są w stanie sprostać ich konkurencji.
     Takie następstwa wywierała właśnie dotychczasowa działalność Ojca. Jego operatywność, fachowość, rzutkość doprowadziły wielu jego konkurentów do bankructwa. Ilekroć który z nich robił plajtę, Ojciec mawiał: „Znowu przeze mnie. Żal mi go. Zapewne mnie przeklina”. Doszło do tego, że wszyscy piekarze w okolicy zlikwidowali swoje piekarnie, w Rososzycy doszło do zamknięcia obu sklepów spożywczych, w sąsiednich wsiach ledwie wegetowały. Obecnie coraz częściej Ojciec zaczął powtarzać: “Dałeś mi Panie w swej szczodrobliwości, dajże i innym w swej łaskawości”.
     Kiedy już było głośno, że Zaborowski zwija swoje przedsiębiorstwo, mało kto chciał w to uwierzyć. Każdy wiedział, że o bankructwie nie może być mowy, bo Zaborowscy „leżą na pieniądzach”, przedsiębiorstwo prosperuje wspaniale, a więc jaki powód? Nikt nie chciał uwierzyć, iż Zaborowski przerywa działalność, ponieważ jest dostatecznie bogaty, żeby żyć jako rentier z zaoszczędzonych pieniędzy. Musiało się to wydawać każdemu dziwne, był to rzeczywiście niespotykany wypadek, a jednak motywy były faktycznie takie, co miały potwierdzić najbliższe miesiące.
Za podstawowym motywem kryły się jeszcze inne. Na pierwszym miejscu: jak najszybsze wyrwanie się ze wsi do miasta, aby zacząć inne, spokojne, wygodniejsze życie, zająć się wykształceniem dzieci, szczególnie dwóch “skrzypków”.
     W piątek, sobotę i niedzielę – 26, 27 i 28 czerwca, odbywały się uroczystości z okazji 50. rocznicy urodzin Ojca. Nie oznaczały one jeszcze zakończenia działalności, zamknięcia zakładów. Na ostateczną likwidację poszczególnych agend przeznaczono okres dwóch następnych miesięcy. Wiązało się to z upływem terminu kontraktu ze Skórzewskim. 30 listopada tegoż roku powinna się zakończyć eksploatacja rudy i dopiero 31 grudnia, po odtransportowaniu rudy, zdemontowaniu urządzeń, sprzedaniu sprzętu, Ojciec stawał się zupełnie wolny od wszelkich obowiązków. Pozostała tylko likwidacja Towarzystwa Akcyjnego, która wymagała czasu i obecności Ojca w Berlinie.
     W piątek, w rocznicę urodzin, ks. Dziekan Wojciech Wróblewski odprawił uroczyste nabożeństwo, zapowiedziane z ambony w ub. niedzielę. Czas prawie wolny od prac polowych przyczynił się do niebywałej frekwencji w nabożeństwie w dzień powszedni. Nawet pan Zobel zwolnił z dwóch pierwszych lekcji dzieci, które chciały wziąć udział. Zobel był ewangelikiem, ale uczynił ten wyjątek z uwagi na osobę Ojca, który był przewodniczącym rady szkolnej, a poza tym zawsze dostarczał podwód na potrzeby szkoły, nie mówiąc o wyjazdach państwa Zoblów.
     Co się u nas działo w tym „świątecznym” tygodniu, byłoby trudno opisać. Program był następujący: w sobotę wieczorem miało być przyjęcie dla miejscowych mieszkańców i pracowników kopalni, łącznie z furmanami ze Śląska, z kolacją dla starszych i małżeństw, zaś dla młodych od 20 lat tańce – z napojami bezalkoholowymi i przekąskami (kiełbasa na gorąco z bułką). Dlaczego od lat dwudziestu? Otóż przestrzegana była zasada, że do restauracji czy na zabawę mógł wejść młodzieniec w wieku poborowym i starszym, żadnemu młodszemu nie sprzedano piwa, alkoholu, papierosów, nawet gdy twierdził, że to dla kogoś starszego, nie mógł też zająć miejsca w lokalu, a jeśli zajął, zawsze ktoś starszy się znalazł, który go “grzecznie” (kopniakiem) wyprosił.
     W ogrodzie owocowym przy domu zbudowana została „sala tańca” na wzór hali cyrkowej, z podłogą, pokrytą plandeką. Wśród jabłoni zbudowano kilka długich stołów z ławami po bokach, mogących przyjąć do 150 osób – na tylu gości liczono w dniu jutrzejszym. Na wszystkich drzewach i dodatkowo na rozpiętych sznurach wisiały kolorowe lampiony, dodające uroku czerwcowej, wieczornej porze. Takie same lampiony rozświetlały ciemności sali tańca. Przygrywała orkiestra dęta ze Szklarki pod batutą starego Cempla, sprowadzana zwykle na zabawy odbywające się na świeżym powietrzu. Ja ze swoim kuzynem, Feliksem Wilgockim z Psar, również jak ja niezmordowanym tancerzem, staraliśmy się dotrzymać towarzystwa tańczącym możliwie jak najdłużej. Gdzieś po północy przydybała nas Kasia i nie było apelacji, trzeba było z Kasią odmaszerować do spania.
     Obudzono nas przed południem, byśmy mogli zjeść śniadanie i zdążyć na mszę. Na “starych śmieciach” (od miesiąca mieszkaliśmy w domu odziedziczonym przez Rodziców) nie było już śladów po wieczornej uczcie [11]. 



        Nie zdążyliśmy jeszcze zjeść śniadania, jak odezwała się sygnaturka, wzywająca na nabożeństwo. Trzeba było napchać do kieszeni cukierków i podrałować do kościoła. W kościele naszym stałym miejscem była wnęka okienna za organami na chórze. Tutaj można było za drobną „łapówką” w postaci cukierków czy czekolady uzyskać od kalikatora zgodę na zastąpienie go i pokalikowanie. Dlatego też nie książka do nabożeństwa, a cukierki lub czekolada były wyposażeniem do kościoła. Oczywiście sami również pogryzaliśmy cukierki. Nasz udział w nabożeństwie sprowadzał się - poza wysiłkiem przy kalikowaniu - do klęczenia podczas Podniesienia i bicia się w piersi ze słowami: “Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa”. Nie jestem pewien, czyśmy się z tego spowiadali - sądzę, że raczej nie, boby nas stary dziekan, nie bacząc na tajemnicę spowiedzi, wykrzyczał, wytargał za uszy i polecił organiście przepędzić z chóru. Natomiast na nieszporach byliśmy najlepszymi śpiewakami, co na pewno u Pana Boga znalazło wyrównanie naszego zabazgranego konta. Zresztą Pan Bóg dzieciom wszystko przebacza, byle tylko Jego dobroci nie nadużywać.
        Pogoda była nadzwyczajna, nie należało to jednak do wyjątków. Rososzyca bowiem posiada klimat zbliżony do Zaleszczyk. Będzie jeszcze o tym mowa.
        Na obiad niedzielny zaproszona została najbliższa rodzina Matki i Ojca, niektórzy krewni, z którymi utrzymywano bliskie kontakty(...). Pan Richard Hirsch, właściciel Browarów Ostrowskich - Ostrower Bierbrauerei, oraz fabryki lodu sztucznego, drugi po Krauskopfie największy dostawca. Za nim w pewnej odległości, ponieważ kopyta końskie wzbijały tumany kurzu, jechali państwo Krysińscy, najwięksi hurtownicy towarów kolonialnych na południowe powiaty Poznańskiego, jedyni dostawcy tych towarów dla Rodziców. Za nimi państwo Anczykowscy - Dom Mody, Wartenbergowie - artykuły perfumeryjne i drogeryjne, Piltzowie - przedstawicielstwo Nobla - nafta, smary, oleje maszynowe i napędowe, dalej państwo Kowalscy - wytwórnia wód gazowych i lemoniad, Hulewiczowie - hurt żelaza, Kraszkowscy - fabryka maszyn rolniczych - to ostrowiacy, a na końcu pięknym wolantem jechał pan Marceli Cieplicki, fabrykant likierów i win z Ostrzeszowa, domorosły poeta, stary kawaler, niezastąpiony towarzysz do kieliszka. Ich wszystkich łączyła znajomość z lat szkolnych, stosunki handlowe i towarzyskie, przynależność organizacyjna do Towarzystwa kupieckiego, bractwa kurkowego. Większość z nich to stare rodziny szlacheckie, choć już nie ziemiańskie.

(...)


Stanisław i Honorata Zaborowska wraz z dziećmi.

 Wróćmy jednak do ogrodu. Uroczystość trwała do świtu, zwłaszcza młoda generacja nie zamierzała przerywać tańców. Dziś przygrywała do tańca wiejska kapela z Sieroszewic pod batutą skrzypka Mruli. Był jeszcze klarnecista Rudolf Nowak, na basach grał Sitała, ale atrakcją byli dudziarz Nadolny z Topoli Wielkiej, potomek dudziarza Nadolnego, którego Chopin, w czasie pobytu w Antoninie na dworze ks. Antoniego Radziwiłła, poznał na wiejskim weselu w Kotłowie i dwukrotnie sprowadził do Antonina, żeby posłuchać piosenek wielkopolskich i przypatrzyć się gminnym tańcom. To one posłużyły Chopinowi za motyw do przetwarzania ich w prawdziwe poematy.
        Dudy były ogromne - może to te po sławnym przodku Józefie Nadolnym? Ich potężny miech w kształcie koźlej głowy kończył się zakrzywionym rogiem. Nadolny potrafił na nich wygrywać skoczne wiejskie melodie, jak nikt inny. Nie raz go słuchałem i zawsze byłem oszołomiony tą muzyką. Czułem ją całym sobą, każdy nerw we mnie grał, kiedy ta kapela „rżnęła od ucha” ołobockiego obertasa, ponad wszystkie inne sławnego w tych okolicach - własny, rodzimy taniec stąd, znad Prosny, z Ołoboka. Płynął przez całą salę jak różnobarwny wąż - coraz szybciej, gwarniej, wreszcie rozszalał się jak rzeka na wiosnę. Roztańczona sala zdawała się unosić plandeki namiotu ogromem wesołości. Skoczne dźwięki obertasa zerwały się jak wicher i wirem posplatały tańczące pary.
        Tylko Nadolny umiał wyczarować takie melodie wchodzące człowiekowi głęboko w serce i krew. Ale właściwego rytmu i tempa nabrał obertas dopiero wtedy, gdy Matka przywołała do tańca, zapewne żeby pokazać mieszczuchom, jak się tańczy - swoje dziewczyny i parobków, którzy dotychczas się tylko przyglądali z pobłażaniem i uśmiechem.
        Trzeba było teraz zobaczyć, co się zaczęło dziać. Nadolny zagrał teraz inaczej, po ołobocku, bo miał przed sobą pary, które umieją po ołobocku tańcować. Ciała tancerzy wykonywały błyskawiczne ruchy, twarze ogniem pałały, z piersi wyrywały się okrzyki zachwytu, drzazgi leciały z podłogi, iskry się sypały, wszyscy wirowali, przytupywali obcasami siarczyście i okręcali niewiasty zawrotnym młynkiem, przyklękując tak szybko i tak zręcznie, że podziw brał. A ja stałem z otwartymi ustami i chłonąłem ten czar ognistego obertasa, który od tej chwili stał się moim najulubieńszym tańcem, w którym rzadko kto mógł mi dorównać.
        Wspomniałem o tym, że Ołobok był bardzo starą wsią, miał klasztor z XII w., promieniował na daleką okolicę, miał swoje tradycje, stroje, tańce, pieśni. Za moich chłopięcych lat starzy ludzie w Ołoboku, Masanowie, Lezionie, Kotłowie - chodzili w dawnych, ołobockich strojach: kobiety w szerokich czarnych spódnicach, w fartuchach misternie marszczonych, w ciemnych, jedwabnych kabatach i czepcach karbowanych, fryzowanych tysiącem fałd. Mężczyźni ubierali się w długie buty z cholewami, czarne spodnie, czarną długą sukmanę na wzór kontusza, czarny kapelusz z wąskim rondem i czarną jedwabną kamizelkę, wyszywaną białymi koralikami. Było tu na zewnątrz widać Polskę.
        Pięknie wyglądał wieczorem i w nocy ogród obwieszony, jakby księżycami na jabłoniach, świecącymi lampionami w różnych kolorach, i stojącymi na wysokich nóżkach lampami spirytusowymi - nowy wynalazek, oparty na zasadzie działania gazu świetlnego czy późniejszych prymusów. Tu przy stołach siedzieli po kolacji już wyłącznie panowie, młodzież tańczyła, co słabsze dzieci - z moim rodzeństwem włącznie - poszły spać, tylko ja z Feliksem dotrzymywałem towarzystwa tańczącym, aż nas zauważyła ciotka Olesia i oddała w ręce Kasi. Panie po czterdziestce przeniosły się “na pokoje”. Rej wodziła tutaj ciotka Michasia Heintzowa (faktycznie moja kuzynka) znana ze swoich zdolności kojarzenia małżeństw. Miała ich już wówczas na swoim koncie kilkanaście. Obsiadły ją więc mamy, które miały coś “na zbyciu”. Kandydatek było sporo, tak w rodzinach Zaborowskich, jak i Wilgockich.
        Wczesnym poniedziałkowym rankiem goście zaczęli się rozjeżdżać.
Wyprzedażą inwentarza żywego i martwego zajmowała się przede wszystkim Matka, Ojciec był bowiem nadal bardzo zajęty końcową eksploatacją kopalni, której zasoby zaczęły się wyczerpywać i dalsze kopanie stawało się nieopłacalne - zresztą kończyła się też umowa. Leżały jednak na placu hałdy rudy, które trzeba było wywozić jeszcze kilka tygodni. Zachodziła też konieczność coraz częstszych wyjazdów do centrali do Berlina, jak i na Śląsk do odbiorcy - Królewskiej Huty.
        Matka, pozbywszy się swych licznych a kłopotliwych obowiązków, przystąpiła natychmiast do urządzania - wbrew woli Ojca - małego gospodarstwa w nowej siedzibie. Matka nie wyobrażała sobie życia bez zajęcia. Miała dopiero 35 lat. Ojciec chciał mieć tylko dwa konie do wyjazdu i był bardzo niezadowolony, że bez jego wiedzy pokryto w ubiegłym roku obie kasztanki, które w kwietniu oźrebiły się ku mojej i Szczepana wielkiej radości. Tymczasem Matka miała już w oborze dwie krowy, trzy świniaki, kilkadziesiąt kur, kilkanaście kaczek - nie potrafiła żyć bez inwentarza. Ojciec, którego nigdy nie widziałem w stajni czy oborze, nawet nie zauważył, jak pod jego bokiem wyrosło nowe gospodarstwo. Był piękny ogród owocowy, w którym Matka założyła małą pasiekę - jej ulubione zajęcie. Wszystko to było jednak dla Matki za mało.
        Coraz częściej zaczęła namawiać Ojca do kupna majątku ziemskiego. Nie wierzyła w trwałość wartości pieniądza. Dla niej, urodzonej na wielkim majątku, tylko wieś, pola miały urok. Widząc moje od wczesnych lat zainteresowanie do gospodarstwa, widziała we mnie nie skrzypka, a rolnika. Nie myliła się. Po Matce odziedziczyłem to zamiłowanie do rolnictwa, które nigdy we mnie nie wygasło, ciągle jeszcze żywe [12].


Stanisław i Honorata Zaborowscy.

            Ostatnim przykładem ziemiańskiego świętowania przedstawionego przez Zaborowskiego, niechaj będą obchody świąt Wielkiejnocy:

Przygotowania świąteczne, w których zawsze miałem swój udział bezpośredni, i w tym roku mnie wciągnęły do akcji. Byłem specjalistą od babek piaskowych i ciastek biszkoptowych, a to dlatego, że właśnie ten rodzaj ciasta mi najbardziej smakował. Ulubionym ciastem był właściwie makowiec, ale ten był u nas codziennie na stole. Regularnie od lat, od pierwszej klasy, co poniedziałek zabieraliśmy ze sobą do Ostrowa po dużym bochenku makowca.
Byłem również niezłym rzeźnikiem, a zwłaszcza umiałem odpowiednio dozować przyprawy. Jeżeli ktoś jest tak mięsożernym stworzeniem jak ja, potrafi sobie wyobrazić, jakie musiałem przechodzić tortury, gdy wyciągano z kotła kawały mięsa przeznaczone na wątrobianki, salcesony, kaszanki albo kiełbasy czy winerki (parówki), a tu Wielki Post, i tylko zapach można w siebie wciągać [14].
(...)
Na jednej z sal dziewczyny przygotowywały długi stół do pierwszego śniadania wielkanocnego, do którego – starym zwyczajem – zasiadali Rodzice w otoczeniu nas i całej służby. Śniadanie było zawsze po pierwszej mszy. Do tego momentu obowiązywał ścisły post. Od początku Wielkiego Tygodnia nie wolno było spożywać żadnych tłuszczów zwierzęcych, nawet mleka. Podstawowym pożywieniem wtedy były śledzie, kartofle, pieczywo i olej lniany, który lało się na talerz, posypywało solą i maczano w tym chleb, który w zasadzie winien był być gruboziarnistym razowcem. Wszyscy ściśle w owych czasach przestrzegali postów. W tych warunkach śniadanie świąteczne stawało się swego rodzaju obrzędem religijnym. Wszyscy wyczekiwali tej chwili z utęsknieniem.
        Dodam, że podczas postu ludzie wstrzymywali się od picia alkoholu – umartwiali się. Wszyscy bez wyjątku odbywali spowiedź wielkanocną. Był to okres, w którym cały naród się odradzał, stawał się lepszym, moralniejszym, nie było bójek, kłótni, był powszechny pokój Boży.
        Minęły te dobre, niepowtarzalne czasy, ale warto sobie przynajmniej przypomnieć, jak taki stół wielkanocny wyglądał. Na środku stołu prawie metrowej wysokości baumkuchen – sękacz. Po lewej i prawej jego stronie na olbrzymich półmiskach leżały wędzone szynki wieprzowe i pieczone (nie ugotowane) w cieście w piekarskim piecu. Ma ten sposób tę zaletę, że szynka pozostaje soczysta. Toporem rozbija się skorupę ciasta. Z nią razem odpada przywarta do niej skóra. Na słoninowej perlistej bieli wprawna ręka Matki nanosiła różne dekoracje przy pomocy utykanych w słoninie kwiatów goździków – używanych do zapraw. Dalej szły duże baranki z bielusieńkiego łoju z zawieszonymi na szyjach na wstążeczkach małymi dzwoneczkami i zatkniętymi w grzbietach biało-czerwonymi chorągiewkami. Wszystko to wraz z koszyczkami kolorowych jaj stanowiło barwną i wpadającą w oczy dekorację. Zieleń bukszpanu jak rama obejmowała cały stół. Nie przy tym jednak stole spożywano śniadanie. Dopiero do obiadu siadała do niego rodzina i Marysia.
        Drugi stół, dużo dłuższy, był mniej dekoracyjny, za to znacznie gęściej zastawiony mięsnymi potrawami. Przy nim jedzono śniadanie w towarzystwie całej załogi.
        Spożyciem święconych jaj rozpoczynano śniadanie. Po nich na stół tradycyjnym zwyczajem poznańskim wjeżdżała wieprzowa kiełbasa na gorąco i parówki. Tylko te dwa dania były na gorąco, reszta na zimno. One miały zabezpieczyć żołądek przed skutkami długiego postu.
        W tym roku do stołu zasiadła wyjątkowo liczna służba. Rodzice zaprosili kelnerki i kucharki, z którymi zawarto już umowy. Rozpoczęcie sezonu z uwagi na późną Wielkanoc było bliskie. Było nas prawie 30 osób. Nie do wiary, ile pęt kiełbasy, „kiszek” (kaszanka) zdołaliśmy na zakąskę zdmuchnąć, ile następnie różnych jeszcze wędlin spróbować, „oćpać się” pieczonej szynki i cielęciny i zalać to wszystko winem czy piwem. Zwłaszcza to ostatnie znakomicie działa na trawienie. Bez piwa Poznańczyk nie wyobrażał sobie obiadu i kolacji. Wódki raczej nie pił.
        Zwyczaj z wódką przy stole wprowadzili „galicjoki”, „kongresowiacy”, przybysze po I wojnie światowej.
        W pierwsze święto Bożego Narodzenia czy Wielkanocy Wielkopolanin nie opuszczał domu, nie wyjeżdżał w goście, był dla siebie i najbliższej rodziny. Chciał mieć wokół ciszę niezmąconą przez gości, nie gotował posiłków.
        W takim rodzinnym nastroju spędziliśmy pierwsze święto. Opowiedzieliśmy sobie wszystko, co każdy o drugim wiedzieć powinien. W wygodnych fotelach odpoczywało się po strasznym obżarstwie, pociągając z kufla piwo. Przeładowany żołądek nie zachęcał do spaceru, chociaż pogoda była prawdziwie wiosenna. Wcześnie udano się na spoczynek, by móc jutro zacząć czynniejsze życie [13].




Praca przyjaciela Stanisława Zaborowskiego przedstawiająca dwór w Gościejewie.


Uzupełnieniem wspomnień Stanisława Zaborowskiego sr., niechaj będą wspomnienia jego syna, który podzielił sie z nami wspomnieniami powojennymi, dotyczącymi wspomnień rodziny  z czasów, gdy przebywała ona w majątku w Gościejewie:



Co do obyczajów obchodów świat i uroczystości w naszym domu, tak dalece jak sięgnę pamięcią, nie odbiegały one zbytnio od standardowych obyczajów polskich domów inteligenckich. Kiedy mieszkaliśmy w Gościejewie pod Koźminem, lata 1945 - 49, gdzie był własny drób i czasem dziczyzna, zdarzało się, ze Matka gotowała na specjalne okazje coś “poznańskiego”, n.p. czernina, a na drugie pieczeń z kaczki w sosie własnym i “kluchy na lumpie” czyli kluski gotowane na parze (jak Państwo pewnie wiedza, tutaj “lump” to ścierka, luźno rozpięta na dużym garnku, na której kładło się drożdżowe “bułki” i gotowało pod pokrywka na parze). Do tego zwykle kartofle pure i buraczki. Niebo w ustach. Zamiast kaczki mogla być tez sarnina lub zając.

Ojciec w tym okresie “gościejewskim” był tak zwanym “urzędnikiem” (wymawiano to “Pan urzynik”), czyli administratorem majątku Gościejew do czasu parcelacji w ramach reformy rolnej. Mieszkaliśmy w starym dworze, chyba 400-letnim, który po naszym wyjeździe z Gościejewa rozpadł się na skutek zaniedbania, zwłaszcza z powodu zaciekającego starego dachu, który wymagał gruntownego remontu i się jego nie doczekał. Również kilkuhektarowy park został wycięty, a był tam dąb o średnicy przynajmniej półtora metra, pewnie równie stary co dwór, kilka olbrzymich jesionów i mnóstwo innych drzew i dekoracyjnych krzewów, 3 stawy rybne, etc.

Z imprez powiedzmy ludowych pamiętam doroczne dożynki, które odbywały się co roku w innej wsi. “Pan urzynik” zawsze siedział przy honorowym stole, dostawał wieniec pięknie utkany ze zboża i kwiatów polnych. Do każdego “dygnitarza” od honorowego stołu śpiewano inną przyśpiewkę, np. do mojego Ojca kiedyś zaśpiewano coś co utkwiło mi dziwnie w pamięci: 


“U naszego Pana urzynika
Piękne zboże ma
Zona jego obok niego,
Bardzo mu się zda.”


“Bardzo mu się zda” miało znaczyć ze mu się podoba, czy ze patrzy na nią z lubością. Matka była przystojna i bardzo lubiana.

Matka, uwielbiająca Reymonta i rożnych Skandynawów, kochała wieś na sposób romantyczny i starała się utrzymywać jakąś więź z mieszkańcami Gościejewa. M.in. odbywało się u nas “darcie pierza”. Jak Państwo wiecie, jest to zajecie bardzo czasochłonne (w stosunku do rezultatów) i jedynym sposobem, aby się do tego zmusić, jest zamiana tego nudnego procederu w impreze towarzyska. A wiec kilka albo i kilkanaście “bab” przychodziło do dworu każda z workiem pierza, siadało w dużej izbie w kolo i “darły” to pierze, plotkując, śpiewając i opowiadając sobie nawzajem rożne straszne historie, zwykle o duchach, czasem trochę zabarwione erotyzmem. Matka siedziała z nimi, czymś je częstowała, i słuchała tych opowieści. Ja i moje rodzeństwo kręciliśmy się po tej izbie i potem powtarzaliśmy ojcu te opowieści, ku ogólnej uciesze, ponieważ znaliśmy gwarę gościejewska doskonale i było to zabawne. Szkoda, ze nie przyszło nikomu do głowy, aby to spisać. A gwara gościejewska a właściwie gwara tego regionu - Koźmin, Krotoszyn i okolice, była odmiana gwary poznańskiej ale jednak inna. Trzeba pamiętać, że wtedy nie było tam prądu, a wiec nie było i radia, i jedyny język (poza szkołą) jaki się słyszało, to była ta gwara. 

Jedna historia, a właściwie tylko mały fragment, z tego darcia pierza, była o tym, ze pewnej dziewczynie, wracającej skądś po nocy, pojawiła się w świetle księżyca para “laczkow”, czyli sandałów, pewnie drewnianych, które same (tzn. bez właścicielki) maszerowały ścieżką w kierunku przerażonej panny. Co się dalej stało niestety nie pamiętam. Śpiewano tez balladę o "Pięknej Praksedzie”, która poszła do lasu nazbierać róż na ślubny wianek. Napotkała młodego i pięknego myśliwego no i, jak można się domyślać, ze ślubu nic nie wyszło. Niestety tez nie pamietam slow, choć melodia mi gdzieś w pamięci została. 


Pożegnanie ze starym porządkiem świata - wspomnienia I Wojny Światowej.




            Prezentowane przez nas materiały, nie zawsze prezntują porządek chronologiczny  - staraliśmy się bowiem zachować podział tematyczny wybranych przez nas zagadnień. Co prawda zabraknie u nas wspomnień Zaborowskiego, dotyczących II Wojny Światowej - głównie ze względu na ich objętość, ale i brak wątków związanych z przedstawianym przez nas motywem ziemiaństwa. Ponadto wspomnienia dotyczące II Wojny, zostały już przedstawione u nas na stronie w formie wideo wywiadów, których publikacja stała się możliwa dzięki zgodzie Archiwum Państwowego w Kaliszu.
            Jak dotąd nie mieliśmy okazji zaprezentować wspomnień, zwiążanych z wybuchem I Wojny Światowej - dlatego decydujemy się uczynić to teraz. Ciekawostkę stanowić będzie fakt, poruszony przez autora wspomnień, nawiązujący do motywu przepowiedni zwiastujących nadejście Wielkiej Wojny, których podstawą miały rzekomo być tajemnicze znaki widywane na niebie, etc. Temat ten poruszaliśmy przy okazji artykułu na naszej stronie, poświęconemu wróżbom i przepowiedniom. Dziś powracamy do tego wątku, aby przedstawić jedno ze wspomnień Zaborowskiego, dotyczącego postaci kobiety posiadającej "dar", pozwalający jej rzekomo ujrzeć zapowiedzi nadchodzącej wojny:

 I ja dodam od siebie, że w mojej wsi rodzinnej, Rososzycy, również pokazywały się te dziwne zjawiska. Już w roku 1913 mieszkanka Rososzycy, Pawlaczykowa, od czasu do czasu przychodziła do moich Rodziców ze swoimi nocnymi „widzyniami”. Raz widziała wielkie wojska na niebie, to znowu czerwony ognisty słup, innym razem ognisty krzyż, krwawą smugę kierującą się na wschód. Była to niewiasta dziwna: oczy jej przenikały każdego do głębi, budziły dreszcze. Słuchając jej, starałem się stać zawsze za jej plecami. Nazywano ją “Świętą”, choć jej stały na twarzy uśmiech miał w sobie coś z obrazu szatana. W krótkim czasie mieliśmy się przekonać, że jej wyimaginowane wojska stały się żywe [14].

            Kolejny obraz wspomnień dotyczacących wydarzeń, opisywanej wojnny dotyczyć będzie obrazu Kalisza - miasta, zaliczanego do tych które najdotliwiej ucierpiały w tamtym okresie. A oto relacja z przebiegu wydarzeń, których świadkiem był Stanisław Zaborowski:

Poborowi z Kalisza i z innych miejscowości, których droga prowadziła przez Kalisz, zostali zaatakowani przez wysunięte czujki i patrole niemieckie, które prawdopodobnie wzięły ich za wojskowe oddziały rosyjskie. Doszło do strasznej masakry. Nie dość na tym. Dowódca dywizji, generał Prausker, nakazał zbombardować miasto. Huk armat zbudził nas wszystkich (Rososzyca w linii prostej oddalona jest od Kalisza około 12 km). Po kilkunastu minutach pokazały się na horyzoncie łuny - Kalisz płonął. W domu wielkie zdenerwowanie. Co z Zajączkowskimi i Mielęckimi?
        Wczesnym rankiem wyruszyliśmy do Kalisza. Miasto w płomieniach. Drogą okólną dostajemy się na Rypinek (przedmieście), gdzie stała fabryka Mielęckich i gdzie Mielęccy mieszkali. Józefa Aulok-Mielęcka była z domu Zajączkowska, córka siostry Ojca. Zastaliśmy tylko dozorcę, który żadnych wiadomości o miejscu pobytu Mielęckich nie miał. W okolicy również nie było widać żywej duszy. Miasto wymarło, tylko od czasu do czasu rozlegały się salwy karabinów. Ojciec zostawił nas ze Szczepanem, a sam udał się do miasta, aby się czegoś dowiedzieć. Po kilku godzinach wrócił przygnębiony. Powiedział nam, iż w nocy Niemcy rozstrzelali kilkuset mieszkańców wyciągniętych z domów, że w dalszym ciągu trwają aresztowania i rozstrzeliwania. Na ulicach nie ma nikogo, niektórzy ukryli się w piwnicach, a większość mieszkańców opuściła miasto w nocy.
        Wracamy do domu inną drogą, by wstąpić do Kozła, majątku, który Zajączkowscy sprzedali po wydaniu jedynaczki za mąż. I tam nie dowiedzieliśmy się niczego. Jedziemy więc do domu, jutro przyjedziemy znowu. Obserwujemy teraz niemieckie balony na uwięzi, z których obserwatorzy śledzą ruchy wojsk rosyjskich. Czasem przeleci wzdłuż frontu jakiś samolot. Mijamy wioski i widzimy, że nikt nie pracuje, wszyscy wszędzie stoją w grupkach, dyskutują, dzielą się wiadomościami, niewiasty płaczą.
        W Rososzycy zastajemy podobne obrazki: tłum mieszkańców obsiadł przydrożne rowy i oczy wszystkich skierowane są na wschód, na te balony na uwięzi i przelatujące samoloty. Do rozpoczęcia żniw tylko kilkanaście dni, ale o tym nikt nie rozmawia. Tematem jest raczej obawa przed najazdem Kozaków, spaleniem wsi i żniw, mordowaniem i gwałceniem. Pojęcie Kozak kojarzyło się w tych okolicach z Tatarem, Mongołem, mordercą, gwałcicielem, w ogóle z dzikim człowiekiem.
        Następnego dnia tą samą drogą przez Osiek, bród na Prośnie, zaglądamy znowu do Kozła i, nie dowiedziawszy się niczego, docieramy na Rypinek.
        W pobliżu fabryki stoi piękny kościół w stylu gotyckim z obszernym cmentarzem. Dziś zastajemy na nim świeżo usypany długi kopiec. Okazuje się, że to wspólny grób stu kilkudziesięciu w nocy rozstrzelanych kaliszan. Ojciec znowu udaje się do palącego się ciągle miasta na poszukiwania. Wraca z niczym. Jedziemy do domu.
        Barbarzyńskie zniszczenie Kalisza odbiło się głośnym echem w świecie. Podobny los spotkał kilka belgijskich miast. Powoli zaczęto realizować politykę głównego ideologa nowoczesnego nacjonalizmu niemieckiego, profesora von Treitschkego, o którym była już wzmianka.
        W krótkim czasie miało się okazać, że Kalisz, który w roku 1914 - przed wybuchem wojny - liczył ponad 70 tys. mieszkańców, spadł w sierpniu 1914 do liczby 5 tys. i dopiero po odbudowie po wojnie osiągnął w roku 1922 liczbę 44 tys. mieszkańców [15].




            Na koniec tego podrozdziału pozwolimy sobie na przedstawienie jeszcze jednego wspomnienia naszego bohatera, związanego z omawianym okresem - tym razem posiadającym charakter co najmniej komiczny, aczkolwiek dającym wgląd w óczesną codzienność:

Zabór pruski, ten spichlerz Niemiec, był w najlepszym położeniu. Wieś radziła sobie dobrze. Każdy poza kartkami na wszystkie inne artykuły miał prawo raz do roku zabić dla siebie tucznika - u Zaborowskich świniobicie było częstsze, czasem i co miesiąc. Były to jednak zupełnie inne warunki niż podczas okupacji hitlerowskiej czy podczas stanu wojennego po 13 grudnia 1981 roku. Za ubój tucznika nikomu nie groziła kara śmierci, obóz koncentracyjny, czy nawet zwykłe więzienie. Kilka marek grzywny i konfiskata mięsa - to wszystko.
        Podzielę się zdarzeniem, jakie miało miejsce pewnego wieczoru w naszym domu. Po pierwszym źle trafionym w łeb uderzeniu siekierą świniak zerwał powróz i z kwikiem wypadł z szopy na podwórze. Nim go Idzi znów złapał, trwało kilka minut, dostatecznie długo, żeby cała wieś się dowiedziała, że u Zaborowskich świniobicie. Wieś jak wieś, ale sołtys, z którym Ojciec darł koty i wymyślał mu od pruskiego sługi, chcąc się zemścić, zawiadomił Oberwachtmeistra - żandarma gminnego.
        Późnym wieczorem, kiedy kiszki, kaszanki i kiełbasy gotowały się w kotle, nagle pukanie - najpierw do drzwi frontowych, a następnie do wrót podwórzowych. Matka poszła na górę, zobaczyła pod bramą stojącego żandarma z sołtysem. Idzi z dziewczynami w tym czasie znieśli mięso do piwnicy, usunęli ślady ze stołu, pochowali naczynia i maszynę do mielenia mięsa, a Matka w tym czasie wyszła głównym wejście i zaczęła wołać: „Kto tam?”. Teraz już spokojnie zaprosiła ich do mieszkania.
        Żandarm, stary, dobry znajomy, pyta, gdzie ta zabita świnia. Matka się śmieje: „Chyba pan żartuje? Nie żartuję, bo przecież całe mieszkanie zalatuje wonią świeżych wędlin czy mięsa. Matka na to: „Ma pan racje, proszę do kuchni”. Żandarm: “Nie mówiłem, a w kotle co? „Kiszki, panie Oberwachtmeister.” Żandarm wziął warzęchę czy kopyść i sięga nią do kotła. Nawinęła się kiełbasa. Wtedy Matka lekko go trąca w łokieć i kiełbasa spada do kotła. Następnym razem to samo. Dopiero za trzecim razem nabiera się pęto kiszek. Matka podsuwa wtedy półmisek. „A jednak było świniobicie, pani Zaborowska.” „Tyle razy jadł pan kiszki i nie zauważył pan, że są z kaszy albo z bułek?”. Proszę do stołowego, zaraz wszyscy się przekonamy. Nawet pan Sobczak (sołtys) się przekona, że wprowadził pana w błąd.
        Rower ze znaną wszystkim dużą torbą stał pod domem. Kasia włożyła w nią kilka kiszek i kiełbas. Oberwachtmeister z pewnością liczył na nie. Tak została sprawa załatwiona. Sołtys nie próbował już więcej napuszczać żandarma na Ojca, zwłaszcza kiedy Ojciec został przewodniczącym komisji gminnej, która ustalała wysokość obowiązkowych dostaw zboża i żywca i kontrolowała zapasy zboża w stodołach i na spichrzach. Sołtys bał się teraz o siebie [16].


Kwestia szkolnictwa i patriotyzmu wśród młodzieży.




            Jak przyznawał autor wspomnień, pierwsze lata swej edukacji odbywał w domu, a także w Elementarnej Szkole Ludowej. Co zrozumiałe - za czasu zaboru pruskiego, zabraniano polskim uczniom uczęszania na katechizm katolicki (w przeciwieństwie do dzieci protestanckich, które do szkółki kościelnej uczęszczać mogły). W końcu też (co oczywiste), zakzywania  posługiwania się i nauki języka polskiego – w miejsce, którego wprowadzano przymusową naukę języka niemieckiego. To z kolei prowadziło niekiedy do sytuacji takich jak ta, przytaczana przez samego Stanisława Zaborowskiego

  W Rososzycy nie było ani jednego Niemca. Czytać i pisać musieliśmy po niemiecku – jasne, że dopiero w drugiej klasie, ale mówić po niemiecku po ukończeniu tej szkoły nie umiał w całej wsi nikt, nawet ta „urzędowa” figura, sołtys, który ani nic nie rozumiał, co władza do niego pisze, czego żąda, ani nie umiał jej odpowiedzieć. Czynił to za niego pan Zalisz [17].

            Przyznać trzeba, że autor wspomnień zagadnieniu ówczesnej edukacji poświęcił całkiem sporo miejsca - czego dowdem są obszerne fragmenty związane z tym tematem, przejawiające się w kolejnych częściach jego wspomnień. Ze zrozumiałych względów, zdecydowaliśmy się przedstawić czytelnikom jedynie wybrane aspekty, które posiadać będą charkater zarysu, mającego na celu nkareślenia ogólnego kontekstu tamtych czasów.
            Jeśli wspólcześni uczniowie żyją w przeczuciu, że zbyt wiele oczekuje się od nich w zakresie nauki – powinni zapoznać się z zakresem materiału programowego, przewidzianego dla uczniów z pierwszej połowy XX w. Za  przykład niechaj poświadczy nam rozkład dnia nauki, jaki obowiązywał w rodzinnym domu Zaborowskiego:

Pobudka o siódmej, po śniadaniu dwie godziny ćwiczeń na skrzypcach: przygotowanie na dzień bieżący. Godzina przerwy, po przerwie odrabianie zadań z matematyki i niemieckiego - do godziny dwunastej. Od dwunastej do trzynastej wolne. Obiad. Po obiedzie Gracz sprawdzał lekcje, przerabialiśmy nowe zadania. Trzy razy w tygodniu dochodziła lekcja muzyki - wtedy była już godz. 18. Po kolacji wprawki językowe polegające na tym, że Ojciec bądź Kasia czytali z „Lesebuch” jakieś opowiadanie, które trzeba było z pamięci zrekapitulować [18].

            W dalszym toku swej edukacji nasz bohater uczęszczał do znajdującego się w Ostrowie Wielkopolskim gimnazjum – tak też się złożyło że, okres ten zbiegł się w czasie z wybuchem I Wojny Światowej. Pomimo młodego wieku,  bohater nasz nie pozostawał bierny wobec rozgrywających się wokół niego wydarzeń. Wiedziony patriotycznym duchem, walczył jako ochotnik zarówno w Powstaniu Wielkopolskim, jak i wojnie bolszewickiej. To nie wszystko – bowiem także i w obrębie ostrowskiego gimnazjum udzielał się w konspiracyjnej uczniowskiej organizacji, co też wspomniał następująco:

 I dyrektor, i profesorowie naszego gimnazjum byli przeświadczeni, że młodzież polska, którą kształcą i wychowują w dachu pangermanizmu, jest całkowicie spacyfikowana, sądzili, że niemiecka kultura nie musi się lękać konkurencji kultury polskiej. Żyli w iluzji, że nas, Polaków, kultura niemiecka duchowo podbiła, że legliśmy u jej stóp, że się nawet kultury polskiej wstydzimy. Niejednokrotnie wyrażali się pogardliwie o kulturze polskiej. Tymczasem wszyscyśmy z całym przekonaniem wyżej stawiali polską kulturę od niemieckiej. Nie przypuszczali też (całe szczęście dla nas), że w kierowanej przez nich uczelni, pod ich bokiem, działa kuźnia ducha polskiego, patriotyzmu ojczyźnianego, przygotowująca do walki z zaborcami silne ramiona młodych Polaków.
Od roku 1908 we wszystkich trzech zaborach tętniło od jawnego i konspiracyjnego życia politycznego. Nici konspiracji sięgały wszędzie: do uniwersytetów i seminariów duchownych i szkół gimnazjalnych, wszędzie powstawały tajne komórki Związku Młodzieży Polskiej, zwane w skrócie Zetem. Jego odpowiednikiem na terenie gimnazjum było Towarzystwo Tomasza Zana, zwane TTZetem. Sama nazwa wskazuje, że jego autorzy nawiązali do programu Towarzystwa Filomatów na Uniwersytecie Wileńskim.

(...)

 TTZ było organizacją kilkustopniową. Składała się z Wielkiego TTZetu (trzy stopnie) oraz z Małego TTZetu - czwarty stopień. Członkowie Małego TTZetu nie wiedzieli o istnieniu Wielkiego. Zadaniem czwartego stopnia była nauka najmłodszych gimnazjalistów czytania i pisania po polsku oraz zainteresowania ich historią Polski.

        Godnych zaufania i z dobrymi wynikami w nauce prowadzonej w Małym TTZecie przyjmowano do Wielkiego, do III stopnia wtajemniczenia. Zajęcia dla członków III i IV stopnia prowadzili w 2-4-osobowych kółkach członkowie II stopnia, tzw. egzaminatorzy, których znowu szkolili delegaci - członkowie I stopnia. Ci ostatni prowadzili naukę w formie samokształceniowej. Przejście z niższego do wyższego stopnia połączone było z pomyślnym wynikiem egzaminu (!).
(...)  Przyjęcie nowego członka do TTZetu było poprzedzone długą obserwacją kandydata przez delegowanego do tego starszego członka Towarzystwa. Bezpieczeństwo wymagało, aby przyjmować uczniów tylko narodowo pewnych i sprawdzonych, dobrze rozszyfrowanych i dobrych w nauce. Toteż większość pozostawała poza organizacją TTZetu. Zbyt wielka stawka wchodziła w grę, by można było ryzykować. Tej ostrożności nigdy nie było za wiele.

        Program tajnego nauczania obejmował: język polski, historię i geografię Polski, historię literatury. Obowiązkiem było opanowanie i zachowanie czystości językowej z doskonałą znajomością ortografii. Tajne lekcje przedmiotów zasadniczych odbywały się kilka razy w tygodniu. Latem prowadzono je podczas spacerów, czasem w polu na miedzy, to znów w lesie. Zimą było trudniej. Nasza trójka nie miała z tym kłopotu. Koledzy Schultz i Urbaniak mieszkali w Konwikcie. Mieszkańcy Konwiktu nie tylko między sobą mówili po polsku, lecz po polsku rozmawiał z nimi również dyrektor, ks. Kliche, a po sprzątnięciu ze stołów po obiedzie czy kolacji uczniowie mogli korzystać z jadalni, całą grupą pisać dyktando bądź uczyć się pieśni patriotycznych. Do opanowania tekstów piosenek służył maleńki, jak pudełko zapałek, śpiewniczek koloru czerwonego, zwany cegiełką. Można było nosić go w kieszonce kamizelki.

        Wymagana lektura to obszernie pojęta twórczość wielkich romantyków, twórczość Sienkiewicza, Syrokomli, Rzewuskiego, Kaczkowskiego, Żeromskiego, Reymonta, Asnyka, Kasprowicza, Tetmajera. Dla sprawdzenia zdobytych wiadomości i wiedzy urządzano kwartalne egzaminy, które odbywały się też w Konwikcie [19].

            Kończąc wątek edukacji w początkowym okresie XX w., warto jeszcze wspomnieć o kwestii szkolnicwtwa wyższego. Poniżej przedstawiamy, wymieniane przez naszego bohatera statystyki zdawalności wśród ówczesnych maturzystów, oraz wyboru przez nich kierunków studiów wyższych.

         Jeśli chodzi o kierunki studiów Polaków - maturzystów z tego okresu, to z liczby 211 absolwentów aż 128 poświęciło się stanowi duchownemu, 25 medycynie, farmacji, stomatologii, 16 prawu, 20 rolnictwu, 15 stanowi nauczycielskiemu, 2 inżynierii, 2 dziennikarstwu, 1 kupiectwu, 1 służbie wojskowej, 1 stanowi urzędniczemu.

        W latach 1873-1918 zdało maturę 729, w tym 301 Polaków, 264 Niemców i 164 Żydów. Co do pochodzenia społecznego Polaków stosunek wygląda następująco: 19 proc. synowie nauczycieli, 17 proc. - ziemian, 15 proc. - rzemieślników, 15 proc. - urzędników, 13 proc. - chłopów; 11 proc. - lekarzy, prawników, inżynierów, 10 proc. - kupców. Z nich poszło: 40 proc. na teologię, 23 proc. na medycynę, 9 proc. na rolnictwo, 13 proc. na prawo, 1 proc. na inżynierię [20].

       
“Jedziemy do Antonina!”



Pałac myśliwski w Antoninie.

            Ostatnim motywem, który chcielibyśmy zaprezentować naszym czytelnikom, ze wspomnień Stanisława Zaborowskiego, będzie opowieść o założeniu przez jego ojca pensjonatu na wydzierżawionych przez niego terenach w Antoninie, oraz Kociembie. Jak już wiemy ze wcześniejszych fragmentów wspomnień autora, ojciec jego był osobą niezwykle przedsiębiorczą, w przeciwieństwie do swej małżonki nie czuł szczególnego pociągu do uprawy roli. Toteż czas spędzony na przymusowej “emeryturze”, stanowił dla niego niejako katorgę – tym bardziej, że on sam (jak wspominał jego syn) mimo swego wieku 58 lat, wciąż był pełen młodzieńczego zapału, oraz nowych pomysłów. Aby dać upust drzemiącym w sobie abolicjom zdecydował się podjąć jeszcze jednego przedsięwzięcia w swoim życiu.
            Było nim założenie pensjonatu, którego plany powstania długo ukrywał przed swoją najbliższą rodziną. Nie uszło to jednak bacznej uwadze jego syna – Stanisława, który przebywając we wspomnianym gimnazjum w Ostrowie zdążył zorientować, się że coś jest na rzeczy. Zaintrygowały go częste przejazdy ojca przez to miasto, toteż postanowił wypytać znajomych od których dowidział się, że ojciec nosi się z planami, dzierżawy terenów pod pensjonat.
            Ostatecznie decyzja padła na wspomniane Antonin, oraz Kociembę – a gdy głowa rodziny zdecydowała się o tym o zawiadomić bliskich - tym większe było jego zdziwienie gdy okazało się, że plany owe od dawna już są znane jego synowi. Czas pokazał, że project powstania pensjonatu w tamtym miejscu okazał się strzałem w dziesiątkę. Od chwili ukazania się pierwszych ogłoszeń reklamowych (przed Wielkanocą 1921), Zaborowscy nie mogli narzekać na brak zainteresowania, i jak sam autor wspomnień zapewniał – praca w pensjonacie warła na pełnych obrotach, niemalże zawsze brakowało rąk do pracy, a mimo natłoku obowiązków nikt ze służby, oraz pracowników nie myślał o szukaniu innego zatrudnienia.




Plan holu myśliwskiego.

            Stanisław Zaborowski wspomniał ten fakt w następujący sposób:

 Podczas śniadania zapytałem Ojca, jakie ma plany na najbliższe miesiące: Antonin musi stać się wielkim miejscem wycieczkowym. Ma w południowej części Wielkopolski najlepsze i chyba jedyne ku temu warunki: jezioro, piękne stare lasy muszą się stać atrakcją przyciągającą w sezonie tysiące mieszkańców Ostrowa, Kalisza, Ostrzeszowa i Kępna. Wspaniałe połączenia kolejowe z tymi miastami Antonina, jak i dobry dojazd szosami, zapewniają powodzenie moim przewidywaniom. Jeszcze w tym roku postawię wielką, otwartą, krytą werandę z widokiem na jezioro na co najmniej 50 miejsc przy stolikach. Te 200 litrów mleka, które dziś odstawiamy do mleczarni, a będzie go w roku przyszłym dwa razy tyle, w sezonie wypiją goście, i jeszcze braknie, a zapłacą dwukrotnie więcej. Tak samo każde cielę, każdy tucznik, kaczka, gęś, jajko, ser - wszystko to zostanie skonsumowane na miejscu po cenie co najmniej o połowę wyższą od ceny targowej. Hirsch już zaciera ręce, że będzie miał, jak przed rokiem 1912 w Rososzycy, największego odbiorcę piwa i lodu. Zapewnia również dostawę w niedziele i święta.

(…)

Po śniadaniu zabrałem się do obejrzenia domu i całego gospodarstwa wraz z okolicą. Na parterze sypialnia rodziców, pokój do pracy Ojca, bufet, 2 duże sale po 8 na 6 m, duża kuchnia, przy kuchni jadalnia, obok spiżarnia, na piętrze po obu stronach korytarza 12 pokoi po 3 x 6m - część z balkonem, od południowej strony loggia z drewna przystawiona do domu, pod nią taka sama z zejściem do ogrodu. Pod domem piwnice o tej samej powierzchni co parter, z dwoma chłodniami: jedna na mięso, mleko itd. a druga na napoje. Przy podwórzu ponad hektarowe pastwisko, podzielone już przez Ojca na kwatery dla miejscowych kilku krów i dwóch koni. Położone znacznie niżej od podwórza i sąsiadujących z nim pól stanowi przyjemną dla oka zieloną dolinkę, przez którą przepływa strumyk, odprowadzający nadmiar wód z ciągnących się kilometrami lasów radziwiłłowskich.

(...) 


Budynki gospodarcze.

Wąska polna droga z Antonina na Kociembę, wzdłuż parku radziwiłłowskiego od północy, i kanału łączącego jeziora antonińskie z ludwikowskim, a płynącego środkiem pasa naszych łąk, od południa wysadzona wiekowymi dębami, a za nimi niebosiężne sosny - w wielu miejscach partie z mosiężnymi tabliczkami “Zakątek przyrody”, a jeśli dodamy, że z kniei parku strzelają ku niebu smukłe modrzewie i dostojne świerki, nigdy nie było dosyć patrzenia i zachwycania się tymi przecudnymi obrazami samorodnej przyrody, jak oka w głowie strzeżonej przez służbę leśną. Ręka ludzka nie zmieniała ani nie poprawiała przyrody, pełniła tu jedynie obowiązki lekarza, sanitariusza, dbającego o zdrowie chorego pacjenta, a jeśli była potrzeba zastosować zabieg, wypełniano cementem wypróchniały brzuszek [21].


Leśniczówka.

 Antonin pękał w szwach. Pamiętajmy, że były to pierwsze lata w wolnej i niepodległej Polsce, po ciężkich wojnach i tyluletniej niewoli. Ludzie wreszcie odetchnęli, chcieli żyć i użyć za wszystkie czasy. Nie tylko w niedziele i święta, również w dni powszednie przy pogodzie było pełno gości.

(…)

W każdą niedzielę i święto. Inne z wymienionych miast miały połączenia kolejowe z Antoninem kilka razy na dobę. W roku 1922 r. w ślady Kalisza poszedł Ostrów, wprowadzając do rozkładu cztery dodatkowe pociągi przed południem i cztery w godzinach popołudniowych i wieczornych (ostatni o 22) [22].




Przypisy.

[1] Stanisław Zaborowski, Historie z mojego zycia (1):
[2] Tenże, Historie z mojego zycia (8):
[3] Tamże.
[4] Tamże.
[5] Tamże.
[6] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (9):
[7] Tamże.
[8] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (6):
[9] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (7):
[10] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (9).
[11] Tenże, WSpomnienia z mojego życia (8).
[12] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (9).
[13] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (27):
[14] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (22):
[15] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (27).
[16] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (10):
[17] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (11):
[18] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (13):
[19] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (8).
[20] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (9).
[21] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (13).
[22] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (12):
[23] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (25):
[24] Tenże, Wspomnienia z mojego życia (24):


Spis ilustracji.


Fotografie przedstawiające rodzinę Zaborowskich, oraz grafika przedstawiająca dwór w Gościejewie pochodzą z prywatnych rodzinnych zbiorów - zgodę na ich publikację otrzymaliśmy od syna bohatera wspomnień - Pana Stanisława Zaborowskiego. Zostały one także opublikowane na portalu Goniec24.

Fotografie przedstawiające zniszczone w trakcie I Wojny Światowej Kalisz, pochodzą ze strony:
http://www.kalisz.info/zdjecia-iwojnasw.html

Fotografia przedstawiająca dwór myśliwski w Antoninie pochodzą z publikacji Stanisława Małyszko:
Majątki Wielkopolski, tom II: Powiat Pleszewski, Szreniawa 1997, Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego.